Poniższy tekst miał być wrzucony dwa tygodnie temu, ale... ten czas, a w sumie jego brak... pewnie wiecie o co chodzi. Dziś domknąłem remonty na blogu i ruuuuszaaaamy!
Dawno mnie tu nie było. Niemal zapomniałem, że mam bloga. Okazuje się, że kapłańskie życie może tak się czasem powikłać, że nagle nie wystarcza czasu na to, co najważniejsze. Oczywiście pisanie bloga nie jest najważniejsze w życiu księdza, ale domyślacie się, że treści na tym blogu nie są przepisywane z książek, albo czasopism typu "Współczesna ambona", tylko są efektem przemyśleń i modlitwy, które ostatnio zostały pożarte przez inne, mniej ważne, ale jakże absorbujące (jak to w życiu bywa) sprawy. Jednak wreszcie coś drgnęło i oto owoce tego poruszenia :)
Wiele się w ciągu tego prawie roku pozmieniało, widzę, że czeka mnie porządna aktualizacja moich danych i poglądów, bo te umieszczone na blogu bardzo się zdezaktualizowały. Ale nie o mnie chce pisać w poście, bo mój blog to nie jakiś "Plastusiowy pamiętnik" więc to rzeczy.
Wielokrotnie pewnie zastanawialiście się, jak to działa wszechmoc Boga. A może nie zastanawialiście się wcale? Temu, kto mówi, że Bóg jest wszechmocny (czyli wszystko może) od razu zadawane jest pytanie: Więc dlaczego ludzie chorują? Czy nie mógłby sprawić, by choroby zniknęły? Dlaczego ludzie żyją w biedzie i z biedy nieraz umierają? Czy Bóg nie mógłby im pomóc? Dlaczego wojny? Dlaczego cierpienia? Dlaczego dzisiaj nie zdałem egzaminu, choć tak bardzo się starałem i modliłem o to? itd...
W środę 30 stycznia 2013 roku byłem na audiencji papieża Benedykta XVI na Watykanie (inny by się chwalił, ja tylko mówię). Papież w swoich katechezach naucza teraz o Wyznaniu wiary (Credo), analizując poszczególne jego elementy. Na audiencji, na której byłem obecny papież mówił o "Ojcu wszechmogącym". Najpierw analizował, co to oznacza, że Bóg jest Ojcem. Następnie przeszedł do znaczenia wszechmocy Boga. Mówił tak: Na chwalebnym Krzyżu, dokonuje się pełne objawienie wielkości Boga jako "wszechmocnego Ojca". I od razu Benedykt XVI wyjaśnił tę myśl. Papież zauważył, że my rzeczywiście szukamy Boga Wszechmocnego, który zrobi w naszym życiu i w świecie co trzeba (wg naszego uznania oczywiście). Z tego samego powodu wielu sięga do wróżb, talizmanów i bożków wierząc, że będą one działały na życzenie. Tymczasem wszechmoc Boga charakteryzuje się miłosną Ojcowską wolnością. Bóg Ojciec pragnie byśmy stali się Jego dziećmi, ale szanuje nasz wybór. To dlatego Na chwalebnym Krzyżu, dokonuje się pełne objawienie wielkości Boga jako "wszechmocnego Ojca", ponieważ Chrystus chciał umrzeć na krzyżu i Wszechmocny Bóg nie mógł mu tego zabronić. Ludzie postanowili ukrzyżować Pana Jezusa i Wszechmocny Bóg nie mógł im w tym przeszkodzić. Z tego samego powodu dziś grzeszymy, a Wszechmocny Bóg pozwala nam grzeszyć, gdyż nas kocha i szanuje naszą wolność. Można by powiedzieć, że Wszechmoc Boga kończy się na wolności człowieka - jeżeli ja, będąc wolnym, odrzucam Boga, to Bóg uszanuje moją decyzję.
Dziś w czytaniach spotykamy trzy osoby: Izajasza, Pawła i Piotra. Wszyscy trzej spotykają Boga i wszyscy trzej wyznają, że nie są godni tego spotkania. Izajasz boi się wręcz, że umrze, bo jest grzesznikiem, a oglądał Boga. Paweł pisze, że Chrystus objawił mu się jako najmniejszemu, jako "poronionemu płodowi". Gdy zaś Szymon Piotr uświadomił sobie kogo spotkał od razu powiedział Panu Jezusowi: Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny. Gdyby Bóg, był Wszechmocny w taki sposób, jak my byśmy tego chcieli, to powiedziałby Piotrowi: Masz rację grzeszniku, odchodzę, Pawłowi w ogóle by się nie objawił, tylko od razu zniszczyłby go swym blaskiem na drodze do Damaszku, a Izajaszowi powiedziałby: Co mnie podglądasz?! Giń!!! Tak się jednak nie stało - na szczęście. Tak też nie dzieje się i dziś, gdy wchodzimy do kościoła, gdy uczestniczymy we Mszy Świętej. Nikt z nas nie musi zastanawiać się w progu świątyni, czy jest jeszcze godzien wejść do środka, czy może lepiej nie ryzykować spotkania z Wszechmogącym. Dlaczego? Odpowiada nam pięknymi słowami papież: Wszechmoc Boga wyraża się w miłości, w miłosierdziu, w przebaczeniu, w niezmordowanym wezwaniu do przemiany serca, w postawie tylko na pozór słabej, utkanej w cierpliwość, łagodność, miłość. Z taką to wszechmocą Boga zetknęli się Izajasz, Paweł, Szymon Piotr i wielu innych - to wszechmoc, która działa mocą miłości i kto ja spotka nie może pozostać wobec niej obojętny. Dlatego Paweł i Szymon poszli za wezwaniem Pana Jezusa, a Izajasz odpowiada na Boże wezwanie: Oto ja. Poślij mnie.
Niesamowite jest to, że przecież my spotykamy dokładnie tego samego Boga, chociażby na Eucharystii, albo w konfesjonale. Doświadczamy tej samej Wszechmocy, która mogłaby nas zniszczyć, ale wtedy zaprzeczyłaby sama sobie, bo ta Wszechmoc - Boża Wszechmoc nas stworzyła. Warto o tym myśleć i mieć tego świadomość, gdy stajemy przed obliczem Wszechmocnego Ojca, jak stawali Izajasz, Paweł, Szymon Piotr i wielu innych.
sobota, 23 lutego 2013
niedziela, 13 maja 2012
Bez względu na...
| Ludzi na świecie wielu - przyjaciół... |
Myśleliście kiedykolwiek nad tym by obrócić pytanie i zapytać nie o to, kim jest dla mnie Bóg, ale kim ja jestem dla Niego. Na tak postawione pytanie Chrystus daje nam dzisiaj odpowiedź. Najpierw mówi:
Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!po czym dodaje:
Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.Dla Boga jestem przyjacielem. Zaskoczeni? O tym, że Bóg jest naszym Przyjacielem wiemy od dawna, ale że my jesteśmy przyjaciółmi Boga? Nie wydaje się to być swego rodzaju nowością? Jak w ogóle rozumieć ten fakt naszej wzajemnej przyjaźni - przecież On jest Bogiem, a my Jego stworzeniem.
Dla mnie taki Bóg przyjaciel jest jak Piotr, o którym słyszeliśmy w pierwszym czytaniu - może przypomnę:
A kiedy Piotr wchodził, Korneliusz wyszedł mu na spotkanie, padł mu do nóg i oddał mu pokłon. Piotr podniósł go ze słowami: Wstań, ja też jestem człowiekiem.Właśnie, przyjaciel to ktoś, kto mimo swego stanowiska, wieku, tytułów jest w stanie postawić się na naszym poziomie - nawet, gdy nie jest on za wysoki. Mam nadzieję, że spotkaliście kiedykolwiek (bo to nie takie oczywiste) mamę, tatę, szefa, księdza, biskupa, profesora, czy po prostu lepszego w czymś od pozostałych (w sporcie, muzyce, nauce) kolegę, którzy potrafili porozmawiać z każdym, kogo spotkali, czy to było dziecko, czy to był dziedziunio, czy prosty człowiek bez tytułów przed nazwiskiem. Kto miał takich rodziców, którzy nie gardzą problemami swoich dzieci, ale nad każdym (nawet gdy jest to martwa biedronka znaleziona na parapecie) potrafią się pochylić, by razem z dzieckiem go przetrawić, ten w rodzicach znalazł na pewno przyjaciół i jest im za to wdzięczny. Tak wspominany jest w Wenecji kard. Scola - ludzie pamiętają go, gdyż potrafił z każdym porozmawiać. Taki jest nasz dziekan wydziału (w Polsce nie do wyobrażenia, żeby dziekan wychodząc z zajęć mówił do studentów z uśmiechem: Cześć, widzimy się za tydzień). Takiego też miałem proboszcza w mojej parafii. Istnieją także przyjaciele gotowi poświęcić za nas życie, jak chociażby Agata Mróz - jeżeli ktoś takiego ma, to łatwiej mu zrozumieć kim jesteśmy dla Boga.
Chrystus przyszedł na świat i dla nas poświęcił życie - tak ważni dla Niego jesteśmy. Przyszedł na świat nie po to, żeby być bliżej nas - ale stał się człowiekiem, by pokazać nam jak blisko nas jest zawsze. Bóg jest przyjacielem, który ZAWSZE jest obok, a przecież marzymy o takich przyjaciołach - tej bliskości szukamy w necie, chcemy mieć poczucie, że zawsze jest ktoś obok nas. Internetowe społeczności, to jedynie erzac i to lipny erzac. Prawdziwą przyjaźń może dać nam tylko żywa osoba - Bóg i drugi człowiek, a zatem ktoś, kto jak Piotr jest gotów wziąć nas za ramię by pokazać nam, że wszyscy jesteśmy równi - jak w przyjaźni. Zresztą Piotr daje temu wyraz w słowach, które niech będą konkluzją tego tekstu, a pod którym podpisuję się "obiema rękoma":
Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.
poniedziałek, 23 kwietnia 2012
Niezawodny przepis na poznanie Boga.
W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Muszę się poradzić Przenajświętsza Panienko, bo czasy niepewne idą i ciągle jakieś zmiany, że nie sposób zorientować się, czy na lepsze, czy na gorsze – bo jak doświadczenie uczy, to wszystkie zmiany na gorsze. Ludzie same nie wiedzą i do Kościoła po poradę przychodzą, ale jak uczciwie radzić? Za Bolszewika wiadome było: tu Kościół – tam Antychryst, białe i czarne człowiek sam wiedział bez żadnej porady. Tera ludzie same wybierają i jak tylko kto może, to im w mózgach mąci, więc porada im potrzebna... a to sprawa i trudna i ważna jest.
Przypomnę tylko, że są to słowa proboszcza Królowego Mostu wypowiedziane na początku filmu "U Pana Boga za miedzą". Słowa te bardzo mi się podobają, gdyż oddają dobrze zamęt z jakim rzeczywiście walczymy każdego dnia dokonując kolejnych - mniej lub bardziej ważnych - wyborów. Kto mąci? Nie chcę teraz szukać winnego. Warto jednak temu zamętowi, który zwiemy laksyzmem, liberalizmem, wszechogarniającą względnością, się przyjrzeć, aby wiedzieć jak mu się przeciwstawić (o ile to w ogóle jest możliwe).
Dziś wszystko zależy - mało co w naszym życiu jest białe lub czarne (nawet pewnemu politykowi się kiedyś pomieszało:). Wszystko zależy od... i tutaj rozpoczyna się dłuuuga lista wyjaśnień, uzupełnień, punktów widzenia, prób zrozumienia sytuacji i drugiego człowieka itd. Zaczynając od najjaskrawszych problemów typu: czy aborcja jest zła?, a skończywszy na błahym: czy dwa złote zabrane mamie z portfela to już grzech, wszystko dla nas "zależy od" - od sytuacji, od wieku, od stanu psychicznego, od godziny dnia, od wzajemnego zaufania, od mojego zdania i od zdania ekspertów (ooooo ekspert, to ważna osoba bardzo jest [składnia znanej amerykanki:]), od rodziny i środowiska, w których wzrastaliśmy, od wykształcenia itede, itepe. To myślenie przenosimy na pole wiary. Mamy dziś tabuny tych, którzy mówią: Jestem Katolikiem ale... i traktują Kościół i wiarę jak supermarket, gdzie z zasad rozłożonych na półkach mogę wybierać, co mi się podoba i co mi odpowiada. Trochę z pierwszego przykazania, przykazanie miłości bliźniego - a i owszem, ale nie za wiele, bo kto by kochał tę jędzę, co mieszka dwa domy dalej, coś z szóstego - ale tylko coś. Na dział "Przykazania Kościelne" nie zaglądamy. W telewizorze eksperci (!) mówili, że nie warto tym sobie głowy zawracać.
Ile to już razy człowiek spotykał wiernych, którzy tłumaczyli mu, (a może bardziej tłumaczyli sobie/siebie) co jest grzechem, a co nie. Święte: Ja nie czuję, że to grzech proszę księdza - pokazuje kolejny raz, że postrzeganie rzeczywistości zależy od... tym razem od tego, co ja czuję. Powtarzam wtedy słowa: A Pan/Pani myśli, że jak złodziej kradnie lub morderca zabija, to czuje, że to grzech?
Liturgia sprowadza nas dziś na właściwe tory słowami Jana Apostoła:
Po tym zaś poznajemy, że Go [Boga] znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: Znam Go, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała.
![]() |
| Czym woda dla Wenecji, tym przykazania dla wiary. |
niedziela, 18 marca 2012
Droga ewakuacyjna
![]() |
| Chrystus na drzewie krzyża. Kościół ŚŚ. XII Apostołów w Wenecji |
Dziś w ewangelii (J 3,14-21) Chrystus pouczający Nikodema mówi:
światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki.Głos naszego sumienia jest promieniem światła Bożej Prawdy, który wpada w naszą duszę rozświetlając ją i ukazując jej dobre i złe strony. A my się tego światła boimy - można to nazwać fałszywie bojaźnią Bożą, pokorą, niegodnością: "Odejdź Panie bo jam nie godny!" Tia! Akurat. Gdyby tak patrzeć to wszyscy jesteśmy niegodni. Dlatego Chrystus mówi: ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. To nie jest kwestią naszej bojaźni ani lęku - my po prostu dajemy się omamić i lubimy zło, lubimy przyjemność grzechu. Boimy się natomiast nie Boga ale boimy się siebie, swego serca, duszy - jak by tego nie nazwać. Wiemy, że grzech, którego nie chcemy porzucić jest czymś złym, więc nam pozostaje jedno - wycofać się ze światła Bożej Prawdy, uciec od niego w ciemność, a jedyną ciemnością duszy jest ciemność grzechu. Zachowujemy się irracjonalnie wybierając autodestrukcję i odrzucając życie. Jesteśmy jak dziecko, które wie, że coś "zmajstrowało" i usiłuje się schować przed rodzicami do jaskini niedźwiedzia, albo - żeby przykład był jeszcze mocniejszy, a zarazem bardziej analogiczny - jesteśmy jak dziecko, które chowa się do domu miłego pana, który zawsze tak się ładnie uśmiechał ale w rzeczywistości jest pedofilem. Bo takim jest szatan, przebiegłym duchem, który serdecznie zaprasza w progi swych ciemności, gdzie światło Bożej łaski dociera z trudem. Dopiero w sakramencie pokuty Chrystus po raz kolejny zstępuje w tę otchłań, by nas z niej wydobyć na powrót do światła.
Dzisiejsze słowa Chrystusa wspaniale ukazują nasze myślenie, które jest błędne już w założeniu - nie Boga trzeba się bać, ale szatana, nie życia, lecz śmierci. Chrystus przypomina nam to, co oczywiste, a o czym często zapominamy, przypomina o Bożej miłości, zmartwieniu i trosce o człowieka:
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony.
Boże światło, światło, którym jest Sam Bóg obnaża naszą duszę nie po to, by nas potępić, ale by wskazać nam, co należy zmienić, jakie jest to nasze życie. Nie trzeba się bać, tylko trzeba się wziąć do pracy stawiając sobie wymagania prawdy jak nazywa je Chrystus, wymagania, których chyba nie muszę tłumaczyć, gdyż wszyscy je dobrze znamy, mamy je w ręku od lat, możemy w każdej chwili do nich sięgać by pomagały nam w walce z ciemnością i grzechem i kierowały drogą ewakuacyjną nas do wyjścia, ku Bogu, jak mówi Chrystus: Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu.
niedziela, 11 marca 2012
Brać sprawy w swoje ręce
| Czym innym jest widzieć rozpadającą się wieżę, czym innym mówić, że się rozpada, a jeszcze czym innym przyłożyć się do naprawy. |
Aktualny temat roku duszpasterskiego brzmi: "Kościół naszym domem". Spróbuj w swoim domu zwrócić się do mamy, do taty, do starszej siostry z uwagą, że masz bałagan w pokoju i cię to gorszy. Co usłyszysz? - "Bozia rączki dała, to sobie posprzątaj!". Takiej odpowiedzialności i idącego za nią działania nam brakuje w Kościele. Brakuje ludzi dojrzałych, czyli gotowych do działania. Jesteśmy już na tyle dojrzali, że widzimy w błędy w Kościele, przymierzając do dzisiejszej Ewangelii my wiemy, że przekupnie w świątyni są nie na miejscu. Nie mamy jednak w zwyczaju - nie wiedzieć czemu, może z braku odwagi, z braku poczucia odpowiedzialności - brać sprawy w swoje ręce. Parafianie narzekają na proboszcza, wikarzy też na proboszcza, proboszcz na biskupa itd., ale niewielu działa w jakikolwiek sposób. Większość wymawia się świętym: "To nie moja sprawa".
A jest dokładnie odwrotnie. Hasło bieżącego roku duszpasterskiego "Kościół naszym domem" podkreśla, że to moja sprawa i moja odpowiedzialność ważna jest dla wzrostu Kościoła i przemian w Kościele. Oczywiście nie można mądrego działania pomylić ze wścibskim mieszaniem się we wszystko - to też niektórym dobrze wychodzi. Chrystus swym przykładem pokazuje, że każdy z nas wezwany jest do mądrego, zdecydowanego działania, a nie do dumania i wypowiadania opinii.
Oburzeni faryzeusze pytają w końcu: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Tego znaku oczekuje się także od nas. Nasze działanie powinno być podparte znakiem, jakim dla otaczających nas ludzi jest świadectwo naszego życia. Często boimy się działać, coś zrobić, poprawić, zwrócić uwagę, bo myślimy: "A ja przecież nie lepszy. Zaraz będzie mi to wypomniane, więc lepiej nie zwracać na siebie uwagi i poczekać, aż przyjdzie kto inny". Pytanie brzmi: Czy nie lepiej wziąć się za siebie? Bo przeczucie jest słuszne, ludzie od razu patrzą na życie tego, kto odważył się działać i zmieniać. Jeśli jednak nasze życie świadczy o naszej wierze, to czego mamy się obawiać. Tak oto odkrywamy, że aktywność Katolika ma charakter dwukierunkowy - wymaga on od siebie i ma prawo wymagać od innych, od Kościoła, w którym żyje.
Ostatnia kwestia - co to znaczy wymagać od Kościoła, bo to brzmi dosyć ogólnikowo. Znowu patrzymy na przykład działania naszego Mistrza, który wygania przekupniów ze świątyni jerozolimskiej - działa tam, gdzie jest to możliwe. Tak samo i my nie musimy od razu zmieniać całej diecezji, wystarczy działać w zakresie własnych możliwości czyli we wspólnocie, w której się udzielamy, w naszej parafii, w naszej rodzinie. Każdy ma swoje miejsce w domu, którym jest Kościół - my możemy zmienić coś we własnym kościele parafialnym, a papież w Kościele powszechnym. Ale papież nie zmieni nic w naszym kościele parafialnym, bo nie wie, co się tam dzieje. My zaś nie zmienimy nic w Kościele powszechnym, bo często nie jesteśmy do tego kompetentni. Każdy ma swoje zadanie tak jak domownicy w swoim w każdym domu.
"Kościół naszym domem" - niech czas Wielkiego Postu rozpala naszą gorliwość o Kościół o ten Dom Boży, w którym nie jesteśmy gośćmi, ale domownikami.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


