niedziela, 18 grudnia 2011

Jak równy z Równym

Stronice lekcjonarza włoskiego -
autor obrazu bliżej nieznany.
Tyle razy na liturgii, na katechezie, słyszymy słowa: Bóg stał się człowiekiem, był jednym z nas, wszedł w naszą historię, jednak prawda wielokrotnie powtarzana traci swoją siłę, staje się oczywistością, nad którą nie opłaca się zatrzymywać. Dziś Kościół próbuje nas na nowo obudzić, potrząsnąć i przygotować na powtórne zachwycenie się Bogiem, który stał się człowiekiem. 

W pierwszym czytaniu Bóg zapowiada Dawidowi: Mój Syn, będzie Twoim potomkiem - a w ewangelii, w scenie zwiastowania, jeszcze wyraźniej kreślona jest zapowiedź Bożego wcielenia. Myślę, że jakoś nie zdajemy sobie sprawy z tego, że Bóg rzeczywiście był jednym z nas, że miał dziadka, mamę, kuzynów, że ktoś tam kreśląc drzewo genealogiczne mógłby umieścić Boga pośród innych przodków linii bocznej. 

Tak właśnie Bóg złączył swój los z człowiekiem i taki jest podstawowy sens prawdy o Bożym wcieleniu - ona pokazuje nam, jak ważni jesteśmy w oczach Boga, który stawia nas na równi z sobą, który podejmuje dialog z człowiekiem jako człowiekiem, a nie jako niewolnikiem, czy zabawką, a może kolejnym zwierzątkiem. Archanioł przychodzi do dziewczyny, oznajmia jej Bożą wolę i czeka na jej zgodę - zbawienie całej ludzkości zależy od jednego TAK prostej czternastolatki. 

Tak właśnie szanuje nas Bóg. Można by się posłużyć bardzo uproszczoną przenośnią, że przed nami w tym Adwencie (i nie tylko) też staje Bóg, przedstawia nam prawdy wiary, swój plan jaki nam przygotował i czeka na naszą odpowiedź - zbawienie składa w naszych rękach, uzależnia je od naszej decyzji, staje przed nami jak równy z równym mimo, że jest naszym Stworzycielem.
Zachęcam do ponownego zatrzymania się nad tą prawdą, co w blichtrze świecących już wszędzie lampek nie będzie wcale łatwe. A ja pakuję się, bo o 14:00 zarządzono wymarsz i kieruję się dziś na Polskę. 

Aha - jakbyśmy się nie widzieli, to Błogosławionych Świąt życzę!

niedziela, 11 grudnia 2011

Radość chwili

Od razu na początku chcę przeprosić tych, którzy stwierdzą, że tekst jest może trochę zbyt romantyczny - taki jest, tak wyszło, nic nie zrobię:)


Mamy wiele powodów do radości. Są nimi spotkania ze znajomymi (także - dla wielu zwłaszcza - te zakrapiane), różne filmiki i zdjęcia umieszczane w internecie, rozrywka w postaci kina, teatru. W sumie bycie radosnym i zadowolonym jest bardzo modne, wystarczy popatrzeć na reklamy, z których szczerzą zęby zadowoleni, piękni, przystojni, zwiewni i wiecznie młodzi ludzi. Świat wydaje się nakładać na nas zobowiązanie: Masz być radosny i zadowolony i żyć pełnią życia. Zarazem poddaje nam wiele sposobności, by tej pełni życia doświadczyć - wszak w jej "święte" imię można (nawet należy) wszystko, można przekraczać wszelkie granice, bo owo przekraczanie granic jest głównym powodem wielkiej radości z życia, pozwala czuć, że żyjesz. Stąd sporty ekstremalne, praca od rana do nocy, związki mnożące się w nieskończoność, stąd także narkotyki - bo przecież trzeba spróbować, alkohol, używki, zdrady, wystawianie własnego życia i zdrowia na szwank, bo przecież rządzi święte "należy mi się". Nie sposób jednak się nasycić. Po doświadczeniu jednego ekstremum trzeba szukać kolejnego, jeszcze bogatszego we wrażenia jakie by one nie były, aż w końcu dochodzi się do kresu wszelkich możliwości i z całej radości życia zostaje pustka. Zapytajcie mężczyzn, których rodziny się rozpadły z powodu ich niewierności, zapytajcie anonimowych alkoholików, narkomanów, tych, którzy zniszczyli swoje zdrowie w poszukiwaniu wrażeń i radości życia tam, gdzie nie można ich znaleźć. Liturgia dnia dzisiejszego, niedzieli "Gaudete" przypomina nam o jedynej, prawdziwej radości życia, a św. Paweł daje do niej klucz w słowach:
Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was.
Czym jest ta radość, o której pisze św. Paweł? Jest odczuciem Bożej obecności w naszym życiu, jest wewnętrznym poruszeniem serca, jest momentem gdy łączą się na naszej twarzy uśmiech i łzy. To chwile spędzone z najbliższymi, najukochańszymi osobami (lub z najukochańszą osobą), doświadczenie piękna na łonie natury, w czasie spaceru lub w górach, to przejmujące uczucie, które towarzyszy wyjątkowej liturgii lub zwykłej, osobistej modlitwie. Bóg jest obecny w życiu każdego z nas, tylko czasem nasz świat i zabiegane życie czynią nas ślepymi na Jego obecność. Dlatego właśnie obok radości św. Paweł stawia modlitwę i dziękczynienie: Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie. To modlitwa i dziękczynienie otwierają nas na Boga. Modlitwa - bo im więcej przebywamy z Bogiem na modlitwie, tym bardziej stajemy się wrażliwi na Jego działanie poza modlitwą. Przykładem są dla nas święci, którzy trwali blisko Boga nie dlatego, że on ich faworyzował, ale dlatego, że mieli dla Niego czas. Drugim elementem jest dziękczynienie. Dopiero gdy chcemy podziękować odkrywamy, że naprawdę jest za co Bogu dziękować. To trochę tak, jak uczy się dziękować małe dzieci. Nie jest to jedynie elementem "kindrestuby", dobrego wychowania. Dziecko uczy się w ten sposób reagować podziękowaniem, wdzięcznością na to, co otrzymało, nawet jeśli jest to tylko zwykłe "kinderjajko". 
Radość z życia ma też jedną bardzo ważną cechę - nie znika przy pierwszej napotkanej trudności, w zderzeniu z pierwszym nieszczęściem, ale trwa mimo wszystko, gdyż jest zakorzeniona głęboko w sercu, jest nadzieją na przyjście Pana, jest nadzieją na życie wieczne w obecności Boga, nadzieją, której nie da się od tak zagasić.


W piosence "Naiwne pytania" Riedel śpiewał: W życiu piękne są tylko chwile, to prawda, ale jak ważne jest by te piękne chwile wychwytywać, by nie dać im uciec przez palce, bo one przypominają nam, jaki jest prawdziwy cel naszego życia.




niedziela, 4 grudnia 2011

Wszystko w porządku?

Co sobie myśli ksiądz w konfesjonale w czasie mojej spowiedzi? Szczególnie taki, który mnie zna. Jakie on ma o mnie zdanie? Czy to, co mówi w pouczeniu, mówi od siebie? Czy może są to wyuczone formułki? Może zjada go złość, lub rozwala nuda, ale tego nie okazuje? – to pytania, jakie nieraz przychodzą nam do głowy, szczególnie jeżeli ksiądz, u którego się spowiadamy, dobrze nas zna, bo jest naszym katechetą, wikarym, duszpasterzem grupy, do której należę lub po prostu moim znajomym. 
Wenecja, Włochy - tu trudno o jakikolwiek porządek.
Dziś uchylę rąbka tajemnicy – nie tajemnicy spowiedzi oczywiście. Podzielę się z Wami jednym odczuciem, jakie mnie ogarnia gdy ktoś wyznaje grzechy, szczególnie grzechy ciężkie. To odczucie można zamknąć w jednym, krótkim pytaniu: Po co? Po co popełniamy grzechy? Co takiego w nich odnajdujemy? Czemu zawczasu nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo grzech komplikuje nasze życie? Przykład: kłamstwo. Jak sobie komplikuje życie kłamca, zwłaszcza ten notoryczny? Musi uważać, by nie powiedzieć za dużo, by dobrze układać swoje wypowiedzi i działania. Musi też pamiętać, co i w obecności czyjej mówił, aby się nic nie wydało – choć wcześniej czy później i tak się wyda. Albo złodziej. Wystarczy ukraść 2 PLN rodzicom, by zachwiać fundamentem zaufania w rodzinie. To samo można powiedzieć o pornografii. Pan Jacek Pulikowski w jednej ze swych konferencji wspomina wypowiedź starszego mężczyzny, który przyznał, że w młodości natknął się na pornografię i do teraz wszystkie te obrazy są obecne w jego głowie, zatruwając w jakiś sposób czystość jego seksualności. Przykłady można by snuć bez końca i wciąż wraca pytanie: Po co? Dlaczego? Po co mąż zdradza żonę, a żona męża? Dlaczego kobieta podejmuje decyzje o aborcji? Dlaczego młody człowiek decyduje się na zażycie narkotyków? Po co ktoś decyduje się na kontakt o zabarwieniu seksualnym z osobą tej samej płci – chociażby to był zwykły pocałunek dla zabawy i pod wpływem kieliszka, lub kilku kieliszków? Dlaczego ksiądz decyduje się na podwójne życie? Dlaczego kobieta wiąże się z księdzem – trudno sobie wyobrazić bardziej skomplikowaną i patologiczną relację. Grzech komplikuje nasze życie, wprowadza w nie zamieszanie i nieład, rozbija porządek – nasz wewnętrzny, w naszej rodzinie, czy w związku małżeńskim. Bo szatan jest panem nieładu. W nieładzie łatwiej jest się pogubić, zapomnieć gdzie i co się zostawiło, popełnić błąd, potknąć się, pośliznąć, upaść.
Stwarzając świat Bóg poukładał wielki chaos, jaki panował, ale w ten Boży ład wszedł szatan i grzech, który na początku był jak pet rzucony pośrodku bursztynowej komnaty, ale potem pojawiły się inne śmieci i coraz trudniej było się człowiekowi w nich poruszać. Dlatego Bóg ułożył wszystko jeszcze raz, dając człowiekowi do ręki niezbędne narzędzia: przykazania, Pismo Święte, nauczanie Kościoła, Tradycję, Sakramenty. Dając też człowiekowi niezbędną pomoc w osobach kapłanów, a także w postaci czasu łaski, którego doskonałym przykładem jest Adwent. To wszystko po to, byśmy odnowili, wyremontowali swe życie. Niestety nie jesteśmy tego w stanie zrobić sami, tak jak niemożliwym jest własnoręczne położenie prostej drogi. Dlatego Kościół przez liturgię Adwentu wzywa nas do odnowy życia duchowego, a słowa proroka Izajasza: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego - są tak naprawdę programem nawrócenia dla każdego z nas, wezwaniem do powrotu do Boga i Jego porządku, który – nota bene – jest jedynym istniejącym porządkiem rzeczy. Boży ład, porządek, jest nieodłączną cechą życia po Bożemu, zaś grzech jest narzędziem szatana, przez które chce on wprowadzić w nasze życie nieład, aby utrudnić nam dostęp do Boga.
Ów Boży ład nie jest czymś wziętym z kosmosu, z księżyca. Każdy z nas tak naprawdę nosi w sercu tęsknotę za spokojnym, ułożonym życiem. Być może właśnie dlatego tak chętnie wspominamy, jak to się kiedyś ludziom żyło spokojnie i w zgodzie z przyrodą, z Bogiem i z sobą samym, nie to, co nam w dzisiejszym, zwariowanym świecie. być może dlatego chętnie oglądamy seriale przepełnione szczęśliwymi uśmiechniętymi postaciami. Być może dlatego czasem z pewną zazdrością patrzymy nawet na zamkniętych w klasztorach mnichów, którzy w prostocie życia odnajdują Boga. Dziś Izajasz wołając: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego – tak naprawdę zaprasza nas do odnalezienia w naszym życiu Boga i Jego porządku, a szukanie Bożego porządku jest tak naprawdę szukaniem Jego Królestwa, którego oczekujemy – Adwent nam o tym przypomina… i tak oto koło się zamknęło i Bóg wyszedł naprzeciw naszym tęsknotom.

wtorek, 29 listopada 2011

Wokół ludzko pojętego czekania

Z niemałym opóźnieniem wkraczam w tegoroczny Adwent. To i tak wcześniej niż niektóre włoskie wspólnoty przyparafialne, które Adwent będą dopiero ogłaszać, jednak wiem, że w żaden sposób mnie to nie tłumaczy. Może na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle, że z jedną z w.w. neokatechumenalnych wspólnot byłem w czasie weekendu na tzw. konwiwencji. Jeśli ktoś brał udział w czymś takim, to wie, że nie ma tam czasu nawet zakaszleć, a co dopiero napisać posta na blog.
Adwent i czekanie. Dziś człowiek ma na co dzień o wiele mniej okazji na to, by czekać niż jeszcze 25 lat temu. Wtedy czekało się na jedną pomarańczę, na tabliczkę czekolady, na szynkę na stole, na kawę, na cukier i na wiele innych rzeczy, które pojawiały się sporadycznie, a które dziś mamy w zasięgu ręki. To oczywiście dobrze, że nie trzeba stać w kolejkach, ale wielu z nas nie potrafi docenić i używać owej dostępności tego, czego sobie życzymy. Niejednokrotnie rodzice spełniają zachcianki dzieci od tak, od zaraz. Chce i ma. Nieraz nie chodzi wcale o drobnostki typu: cukierek, wafelek, lody. Wiąże się to z faktem, że często nie jesteśmy w stanie odmówić samym sobie. Bo chcemy coś mieć – ciuch, gadżet – i musimy to mieć od razu, bez czekania. Niedawno czytałem artykuł, którego autor wspominał jak to dawniej zdobywało się ulubioną muzykę. Trzeba było czekać i szukać. Zgrywano kasety, a potem słuchano ulubionych kawałków, aż się coś zajechało – magnetofon lub kaseta własnie. Dziś słysząc fajny kawałek w radiu mogę go za chwilę mieć zakupionego (bo przecież nie ściągniętego nielegalnie – to katolicki blog jest, trzymajmy poziom) z internetu. Są więc niewątpliwe plusy dobrobytu, ale ma on też pewne minusy, gdyż pozbawił nas tej niewątpliwej przyjemności, jaką jest czekanie na.
Czekanie zawiera dwa ważne elementy.
Po pierwsze muszę mieć na co, lub na kogo, czekać. Mając pod dostatkiem rzeczy niezbędnych przywykliśmy do czekania na coś ważnego, cennego dla nas, wartościowego, pięknego. Niewielu czeka na kawałek śląskiej na stole. Ludzie czekają dziś raczej na nową płytę kultowego zespołu, na nowa grę, na zakup mieszkania, na jesienny urlop w Bieszczadach. Można też czekać na słoneczną pogodę lub wręcz przeciwnie – na deszcz. Nikt nie wyczekuje rzeczy bezwartościowych czy negatywnych – pierwszego wiosennego komara, jedynki w dzienniku (chyba, że chodzi o czekanie z trwogą), wybicia zębów w ciemnym zaułku. Jednak największą tęsknotę w ludzkim sercu wzbudza druga osoba, najukochańsza. W tej chwili mnóstwo kobiet w całej Polsce tęskni i czeka na swoich mężów pracujących za granicą. Chłopak czeka na ukochaną. Dzieciak w przedszkolu czeka na mamę, aż go odbierze itd. Jeżeli zaś ktoś uważa, że rzeczy mogą wzbudzać większą tęsknotę niż drugi człowiek, to powinien przewartościować swoje życie.
Drugim elementem jest czuwanie, bo czekanie wymaga naszego czuwania. Już nie będę się rozpisywał o czekaniu na rzeczy, o potrzebie czuwania, by nie przegapić kuriera, który ma przynieść wyczekiwaną płytę lub iPhona. Czuwania wymaga od nas czekanie na osobę. To może być mail od przyjaciela – ktoś, kto czeka na takiego maila sprawdza skrzynkę dwa razy dziennie (wiem po sobie). Nie można z utęsknieniem czekać na pocztę nie sprawdzając skrzynki. Chłopak podkochujący się w dziewczynie, która o tym nie wie będzie czuwał, by nie przegapić żadnej okazji spotkania jej. Matka czekająca na urodzenie dziecka też czuwa, szczególnie, gdy zbliża się termin porodu. Nie może powiedzieć w południe do męża: Ach wiesz, wczoraj odeszły mi wody, ale to chyba czas jeszcze. Już nie wspominam o tym, że to fizycznie niemożliwe. Czuwanie więc jest gotowością na zakończenie czekania.
Obydwa w.w. elementy odnaleźliśmy w czytaniach minionej I Niedzieli Adwentu. Liturgia przypomniała nam – i będzie to powtarzać w czasie pierwszej części Adwentu, aż do 16 grudnia włącznie – że czekamy. Nie chodzi o to, że Adwent jest czekaniem. Adwent przypomina nam, że nasze życie jest czekaniem na powtórne przyjście Chrystusa. Niestety mało kto jest dzisiaj entuzjastą powtórnego przyjścia Pana i czasów ostatecznych. Nie są one tym, o czym marzymy. To pierwsi chrześcijanie mieli nadzieję, że za ich życia Chrystus przyjdzie ponownie, ale to było 2000 lat temu i duch w narodzie osłabł. Każdy wziął się za swoją robotę i ani myśli jej kończyć z powodu jakiegośtam końca czasów. Nie tęsknimy za Jezusem, bo nie wiemy, za Kim tęsknić, nie znamy Boga, nie wiemy Kim jest. Dlatego, chcąc przybliżyć nam na nowo osobę Boga, chcąc wzbudzić w naszych sercach tęsknotę za Nim, liturgia Adwentu przypomina nam Kim On Jest. Już dziś słyszeliśmy słowa Izajasza:
Ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało, żeby jakiś bóg poza Tobą działał tyle dla tego, co w nim pokłada ufność. Wychodzisz naprzeciw tych, co radośnie pełnią sprawiedliwość i pamiętają o Twych drogach.
Takich pięknych tekstów opisujących dobroć Boga napotkamy jeszcze wiele w liturgii adwentowej. Miejmy nadzieję, że wzbudzą one w naszych sercach tęsknotę do Boga, że wołanie „przyjdź Królestwo Twoje” lub „Marana Tha” nie pozostanie czczą gadaniną, lecz będzie wypływało z naszego serca, z naszego przekonania, że nie ma na ziemi nic piękniejszego i cenniejszego, niż spotkać Boga. Ta myśl skłania nas właśnie do czuwania, ale czuwania dosyć niezwykłego. Bo to nie jest tak, że Pan Jezus wstąpił do nieba, zasłał nam Ducha Świętego i powiedział radźcie sobie. A jak jest? Przypomniał nam św. Paweł:
świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie doznajecie braku żadnej łaski, oczekując objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Można więc śmiało powiedzieć, że ten, kto czuwa, ten też czeka na Chrystusa z Chrystusem.
Niech zakończeniem mojego rozważania będą słowa kolekty z minionej niedzieli:

Wszechmogący Boże, spraw, abyśmy przez dobre uczynki przygotowali się na spotkanie przychodzącego Chrystusa, a w dniu sądu, zaliczeni do Jego wybranych, mogli posiąść królestwo niebieskie.

sobota, 19 listopada 2011

Chryste Sędzio Sprawiedliwy!

Wielu patrzy na Sąd Boży nader wyrywkowo. 
Sąd Ostateczny jest dziś tematem powszechnie pomijanym i niepopularnym. Mało usłyszymy o nim z ambon kościelnych, czy też katedr i uniwersyteckich. Darmo szukać przedstawień Sądu Ostatecznego we współczesnej sztuce – jaka by ona nie była. Być może jest to forma odreagowania po czasach, w których owe przedstawienia były nader popularne. Mozaiki, freski, malowidła, obrazy, utwory muzyczne zawierające w temacie sentencję „Dies irae” niegdyś tak popularne i mające wielką wymowę dziś stały się przedmiotem drwin lub spojrzeń przepełnionych politowaniem dla naszych ciemnych przodków, do których owe obrazy i dźwięki niegdyś tak trafnie przemawiały. Co ciekawe – tu mała dygresja – wydaje się, że człowiek stający dziś przed mozaiką przedstawiającą Sąd Ostateczny w bazylice na Torcello, czy też w Kaplicy Sykstyńskiej widzi głównie jej prawą (a lewą patrząc od strony Boga) stronę, czyli piekło, szatanów i potępienie. A przecież scena sądu zawsze przedzielona jest na pół – dlaczego dla wielu właśnie prawa połowa jest większa? Któż to wie? Niemniej wiemy, że w przedstawieniach Sądu Bożego człowiek widzi duuuużo piekła no i troszeczkę nieba – koniec dygresji. Wobec niepopularności tematu Sądu Ostatecznego, w Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata zapraszam do małej refleksji na ten temat. 
Zacznę od naszych wyobrażeń tej jakże ważnej i pewnej „rzeczy ostatecznej człowieka” jaką jest - obok Śmierci oraz Nieba albo Piekła - Sąd Boży. Wielka litera zamierzona – piszmy o wielkich sprawach wielką literą (jest to moja autorska i na wskroś subiektywna teza). Nasze wyobrażenie rzeczy ostatecznych człowieka jest niestety naznaczone pewnym istotnym ograniczeniem, gdyż próbujemy je sobie wyjaśnić za pomocą naszego ludzkiego języka i doświadczenia i dzięki nim je opisać. Nie ominęło to także Sądu Ostatecznego. Idźmy więc za ciosem z prowokacją wpadając w błąd. Oto do czego można porównać Sąd Boży: 
§1 Sąd Boży, jako mecz piłkarski…? Tak – tak właśnie można by go sobie wyobrazić. Zamiast lewej i prawej strony sceny mamy lewą i prawą stronę boiska, a Pan Bóg to piłkarski sędzia. Jak sędziuje? Dobrze – ale krążą plotki, że można go przekupić i dostać się do nieba z całą zwycięską drużyną. Cóż to za drużyny grają o zwycięstwo? Można by je podzielić ze względu na religię w ogóle, albo ze względu na wyznanie, ale przecież Sąd Ostateczny to katolicka działka, więc zostawiamy na boisku tylko Katolików. Nie mają z kim grać? Wręcz przeciwnie. Wewnątrz Kościoła gra wiele drużyn. Są tutaj materialiści, spirytualiści, uduchowieni i katoliccy racjonaliści (kimkolwiek są), „Neoni” (Droga Neokatechumenalna) grywają zazwyczaj z tradycjonalistami, praktykujący niewierzący z wierzącymi niepraktykującymi, jezuici z franciszkanami, a dominikanie z Włoch z dominikanami z Polski. Każdy ma nadzieję, że jest w drużynie, która najlepiej podpłaca Panu Bogu, a on pośrodku na mecz patrzy, gwiżdże, gdy trafiają się faule. To Sędzia, który dobrze wszystko widzi i my o tym wiemy, a mimo wszystko uparliśmy się przy poglądzie, że można mu się jakoś przypodobać w sposób materialny czy niematerialny i tak zasłonić małe niedociągnięcia, faule i symulacje zawodników w tym nas samych. 
§2 Hmmm… może lepiej nie wykorzystywać tego obrazu w dniu, gdy pan Gowin obejmuje ku zaskoczeniu mas takie, a nie inne stanowisko. Trudno – Bóg jako minister sprawiedliwości, Sąd Ostateczny jako sprawnie działające ministerstwo, sprawnie na sposób polski oczywiście. Od razu pragnę podkreślić, że obraz ten buduję, jak każdy z nas zresztą, na podstawie medialnych doniesień, które tworzą nam rzeczywistość spraw wędrujących od instancji do instancji i oczekujących na rozwiązanie przez lata, a nawet dziesięciolecia. Tak samo moja sprawa w dniu Sądu Ostatecznego trafi do takiego niebieskiego ministerstwa, które przesyłać ją będzie niczym w piosence „od miasta AAAAAA do miasta Beeeeee” tak długo, aż się pozytywnie nie rozpatrzy lub po prostu aż się nie przedawni. Wszystko zależy od tego, na kogo się trafi. Podobno jak sędzią pierwszej instancji jest Maryja, to sprawy idą gładko. Dobrze byłoby mieć za obrońcę jakiegoś fajnego (sic!) świętego. Może Ojciec Pio, albo św. Franciszek. Jedno jest pewne – Vianney jest dosyć surowy i lepiej na niego nie trafić. Takie przechodzenie sprawy, odroczenia i wznawiania nazwać można czyśćcem, a więc bierzemy tan sąd na przetrzymanie: posiedzem tam se, aż oni skończą. Obraz zabawny, ale czy nie odpowiadający naszym wyobrażeniom? 
§3 Trybunał Sprawiedliwości. Dziś ta nazwa nie zawsze kojarzy się ze sprawiedliwością. Przypomina się anegdota o tym, jak oskarżony zwracający się do sędziego per „Wysoka Sprawiedliwości” został surowo upomniany słowami: Tu nie ma żadnej sprawiedliwości! Tu jest sąd! Wygrywa raczej ten, kto potrafi głośniej krzyczeć i o swoje umie się wykłócić. Myśl: Jak ja tam wejdę przed ten cały sąd, to sobie dopiero z nimi pogadam - nieodłącznie towarzyszy wielu chrześcijanom. Wydaje się, że wystarczy nam tylko podejść do sędziego i szepnąć mu coś do ucha i będzie OK. Wraca tutaj znowu kwestia obrońców (vedi §2). 
§4 Groza, pioruny z oczu i głos z nieba niczym ryk odrzutowego silnika, czyli Sąd Ostateczny a’la „inkwizycja wysiada”. To chyba najpopularniejsze wyobrażenie (przynajmniej do niedawna). W przeciwieństwie do poprzednich towarzyszy mu przekonanie, że Boga nie tylko nie da się oszukać, podpłacić, udobruchać, ale że jest On tak surowy, że nikt nie ma najmniejszych szans dostać się do nieba. Weszli tam tylko ci, których Kościół ogłosił świętymi (choć i tego nie możemy być pewni), a i tak nasłuchali się na Sądzie Ostatecznym tak, że im uszy zwiędły. Tak wyobrażony Sędzia jest niczym (nie bójmy się tych słów) patologiczny ojciec, który zwoje dziecko stłukł pasem, gdy założyło buty „prawy na lewo”. Jest niczym oficer SS, który wie, kiedy, gdzie i jaką pastą ostatnio myłeś zęby i ile razy przesunąłeś po nich szczoteczką (oczywiście za mało razy, za co właśnie dostajesz kolejną karę). To obraz dla tych, co widzą w scenie Sądu Ostatecznego głównie pioruny i piekło. Wspominałem o nich na początku. 
Przykłady można by mnożyć. Zachęcam do wysnucia własnego wyobrażenia. Każdy z nich pokaże nam przede wszystkim nas samych, podziały w Kościele, nasze słabości, lenistwo, czy lęki. Każdy z nich mówi nam także o naszym bardzo zafałszowanym obrazie Boga i Sądu Ostatecznego. W ubiegłym roku katecheza Drogi Neokatechumenalnej – tzw. przez nich Magisterium Kościoła – podjęła temat rzeczy ostatecznych człowieka. Pośród nich był właśnie (siłą rzeczy) Sąd Ostateczny. To była naprawdę Katolicka Wykładnia – to uwaga dla sceptyków – oparta o encyklikę Benedykta XVI Spe salvi. Wśród wielu elementów Sądu Ostatecznego bardzo mocno podkreślona była sprawiedliwość i nadzieja w niej pokładana. Tymczasem każdy z wysnutych przeze mnie obrazów ma jedną, podstawową wadę – brakuje w nim sprawiedliwości, Bożej sprawiedliwości. My sami jakoś nie chcemy zwracać na nią uwagę, bo pachnie to zemstą, pachnie myśleniem: Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy. Boimy się, byśmy nie wyszli na tych, którzy kiedyś będą zacierali ręce patrząc na potępionych maszerujących do piekła ze zwieszonymi głowami. Papież w swojej encyklice pisze:
Obraz Sądu Ostatecznego nie jest przede wszystkim obrazem przerażającym, ale obrazem nadziei.
Mowa tu o nadziei sprawiedliwości, której przywołuje każde pokrzywdzone serce. Wystarczy pomyśleć, co by to było, gdybyśmy na sprawiedliwość nie mogli liczyć nawet na Sądzie Ostatecznym. Powiedzenie: Nie ma sprawiedliwości na tym świecie kończyć by się musiało na pierwszych trzech słowach. Nadzieja, że na Sądzie Ostatecznym Bóg będzie Sprawiedliwym Sędziom jest przede wszystkim nadzieją na to, że mnie samego potraktuje sprawiedliwie, niezależnie od poglądów na mój temat, od opinii sąsiadów, czy mediów, które nie znają mojego serca, ale On je zna. Ta nadzieja sprawiedliwości napełnia pokojem skrzywdzonego człowieka, ale jest też piękną modlitwą sprawiedliwych, którzy wiedząc, że cierpią niesprawiedliwie, jak cierpiał sam Pan Jezus, wierzą w Jego Sprawiedliwość, której nikt nie uniknie, wobec której staniekazdy z nas.
Króluj nam Chryste – Sędzio Sprawiedliwy!