Dziś usłyszałem o możliwości zobaczenia w internecie najlepszych dzieł z drugiego, co do ważności, muzeum we Włoszech, muzeum Uffizi we Florencji. Jako, że przed rokiem byłem w tym muzeum, to żywo się tematem zainteresowałem. Okazuje się, że utworzono specjalny projekt o nazwie Haltadefinizione. Dzięki specjalnej technologi zamieszczania zdjęć w wysokiej rozdzielczości - The Real High Definition - "Ostatnia wieczerza" Da Vinci ma 16 Gpix (wiecej tutaj: http://www.fotomaniak.pl/30850/haltadefinizione/ ). Dzięki temu można postaciom presentowanym na obrazach zaglądnąć nie w oczy, ale raczej do oka - rozdzielczość jest po prostu powalająca. Serdecznie polecam zatem, wystarczy myszka i to najlepiej wyposażona w rolkę i... z każdym przewinięciem zadziwienie rośnie.
www.haltadefinizione.com
poniedziałek, 18 października 2010
niedziela, 17 października 2010
Uprzedzenia nie do poznania
![]() |
| ... i żebym wygrał w "totka". Amen |
Dziś Bóg, jakby wychodząc naprzeciw tym, którzy pełni są fałszywych wyobrażeń na Jego temat, obala jeden z najsłynniejszych poglądów na Jego temat zgodnie z którym wiele osób myśli, że jest on jak ów sędzia, który Boga się nie bał i z ludźmi się nie liczył. Wielu wiernych popełnia ten błąd i ujmuje Boga w klamry ludzkiego myślenia:
1. Punkt wyjścia: człowiek, który może wszystko nie liczy się z innymi, Bóg też mu jest obojętny i jest najgorszym typem jakiego można w życiu spotkać i ostatnia osobą, którą o coś się prosi.
2. Ergo: Bóg nie zależy od nikogo, a my, ludzie, jesteśmy jak te płotki dla niego, jak mrówki więc niby dlaczego miałby się z nami liczyć, dlaczego miałby nas słuchać, dlaczego mielibyśmy Go obchodzić, pewnie ma nas w głębokim poważaniu, jak już ktoś się uprze, to mu pomoże ale na ogół nie przejmuje się zbytnio ludźmi – przecież ma siebie.
Dziś Bóg przypomina nam, że nie jest to prawdą, że jest to kolejne uprzedzenie, kolejny błąd w naszym wyobrażeniu osoby, której… no właśnie, chciało by się powiedzieć nie widzieliśmy, nie spotkaliśmy, nie znamy, ale byłby to błędem, bo każdy z nas spotkał – wróć(!) – spotyka w życiu Boga, słucha Go i o Nim, wpatruje się w niego kiedy tylko chce, ale ciężar grzechu pierworodnego uczynił nasz kontakt z Bogiem trudnym i żeby Go spotkać potrzebny jest nasz wysiłek, którym jest modlitwa.
Modlitwa – czas z Bogiem, który owocuje dla nas, pomaga się nam do Boga zbliżyć, pomaga Go poznać, zrozumieć Jego wolę. Jeżeli zatem nasza modlitwa – a jest tak w większości przypadków – ogranicza się do bezmyślnego paciorka rano i wieczorem i jednej Mszy Świętej w tygodniu, to nie dziwmy się, że nasze głowy i serca pełne są fałszywych wyobrażeń. Wszak jeżeli spotykasz kogoś kilka razy w tygodniu przez dwie lub trzy minuty, no góra godzinkę i nie dajesz mu dojść do słowa tylko za każdym razem sam paplesz nie przejmując się tym, co on ma do powiedzenia, lub po prostu liczysz niebieskie migdały wyczekując końca „spotkania” (bo co to za spotkanie), to się nie dziw, że nie będziesz miał szans tej osoby poznać. Bóg też jest osobą, nie jest jakimś duchem, bliżej nieokreślonym jestestwem, plazmą, światłem czy nie wiadomo czym jeszcze – On jest osobą, stał się człowiekiem, dał się spotkać człowiekowi i nadal daje nam tę możliwość – po co? Przede wszystkim po to, byśmy go poznali, byśmy zobaczyli, że prędko bierze w obronę tych, którzy dniem i nocą wołają do Niego. Czy to oznacza, że mam się od rana do nocy modlić? Nie – to oznacza, że mam wierzyć, bo wiara sprawia, że moje życie staje się ciągłym wołaniem o Boga, niezależnie od tego, co robię i gdzie jestem. Wspomnieć tu należy słowa św Pawła z listu do Rzymian: „wiara rodzi się ze słuchania” (Rz 10,17), a gdzie mogę usłyszeć Boga jeśli nie na modlitwie? Bóg wychodzi nam na spotkanie, nie traktujmy Go jak pani z okienka w urzędzie wypłacającym zapomogi czy odszkodowania, którą widzimy, jednak jej nie spotykamy, a przez to nie poznajemy.
piątek, 15 października 2010
Na restarcie o polskim koniu
Wreszcie, po moich wakacjach bez internetu, pojawiam się. A zacząć chce od pewnego ciekawego wydarzenia, jakie przytrafiło mi się pierwszego września w Rzymie na lotnisku im. Da Vinci, gdy wracałem do Polski. Po przeprawieniu się, odprawieniu i odnalezieniu bramki, przez którą mieliśmy już przechodzić do samolotu, klapnąłem sobie trochę na ławeczce. Obok mnie siedziało starsze małżeństwo, zapewne turyści, za mną, plecami do nas, młode małżeństwo, mężczyzna w moim wieku siedział od mojej strony - przez ramię. Na początku nawet ich nie zauważyłem, bo od razu jak usiadłem starsza pani siedząca obok zagadnęła coś po angielsku (zaskoczyła mnie - babka w wieku komunistycznym gada po angielsku). Widząc, że to Polacy i znając słabo angielski odpowiedziałem, że można mówić po polsku no i zaczęło się - lawina pytań dotyczących tego samego tematu: czy na pokład samolotu można wejść z dwoma torbami? Odpowiedziałem, ze można tylko z jedną. Mąż na to: A nie mówiłem ci, a ona: Ale popatrz, tamta ma dwie torby, a tyś dopłacił, a ja mówiłam, żebyś nie płacił. Po co zapłaciłeś? Wycofałem się odwracając od państwa uwagę wzrokową, jednak słuchowej uwagi odwrócić się nie dało. Pani wciąż utyskiwała, jak to zostali oszukani i w końcu stwierdziła, że pójdzie się popytać tych, którzy z dwoma torbami stawali już w kolejce do bramki - tzw. gejtu (gate). W międzyczasie powstała specjalność polskich turystów - kolejka, kolejka do gejtu właśnie, która z chwili na chwilę tak urosła, że wyszła poza poczekalnię i utrudniała innym pasażerom poruszanie się po lotnisku - ale Polak twardy i o swoje walczy, więc stoją tak wszyscy. Po chwili wróciła pani marudząc na męża, że niepotrzebnie wydał pieniądze i znowu zagadnęła do mnie: A ta kolejka, to do samolotu - odpowiedziałem, że tak. A pan? Nie stoi?! - zagadnęła męcząca pani. Odparłem, że mi obojętne jest gdzie będę siedział w samolocie, a siedzieć przecież będę. Wtedy, ku mojej uldze, szanowni państwo zgodnie uradzili, ze i oni muszą stanąć w kolejce i wreszcie sobie poszli. Gdy tak trwałem ni to zniesmaczony, ni zaskoczony ni poruszony pan zza mnie odwrócił się do mnie i powiedział: Ja nie wiem, czy chcę tam wracać. Spojrzałem na niego, ale z uśmiechem zrozumienia, on tymczasem kontynuował: Siedziałem tu już od dłuższego czasu i słuchałem z żoną tych państwa. To jest tak, jak w słynnym powiedzeniu, ze Polak nie cieszy się, że sąsiad ma konia, tylko zastanawia się, jak mu go otruć.
W międzyczasie kolejka już ruszyła, wstaliśmy i poszliśmy do gejtu.
W międzyczasie kolejka już ruszyła, wstaliśmy i poszliśmy do gejtu.
niedziela, 5 września 2010
Mniej więcej
Mamy dziś wiele możliwości wyboru. Czasy kiedy tylko ocet i musztarda osamotnione oczekiwały klienta na sklepowych półkach przeminęły – miejmy nadzieję, że bezpowrotnie i młodsi już ich nie pamiętają, ja jestem jednym z ostatnich roczników sięgających tak daleko pamięcią. Dziś szukając jednej herbaty można dostać zawrotu głowy gdy w hipermarkecie stanie się przed działem „świat herbaty”. Możemy wybierać samochód, pracę, szkołę, studia, miejsce urlopu, kolejny kanał w telewizji, mieszkanie a nawet męża czy żonę można dziś „wyłowić” z szerszego grona, bo przecież nikt już nie żeni się ani nie wychodzi za mąż jedynie w swojej wiosce – pytanie brzmi (na marginesie) skąd tyle singli. Czasem też zdarza się, że spotykają się w Holandii, Anglii lub Niemczech, a Polsce dzieli ich pięć kilometrów. Nietrudno pogubić się wśród tej mnogości. Czujemy się wtedy jak małe dziecko, przed którym mama wysypuje ogromne pudło zabawek i mówi: „Masz! Pobaw się!”. Ciuchy, jedzenie ze wszystkich stron świata, sprzęt elektroniczny, niekończące się reklamy wycieczek, wypadów, ubezpieczeń i pożyczek, by można było wybrać jeszcze więcej – cała nieprzyzwoita wręcz mnogość tego, co proponuje świat przytłacza nas swym ciężarem, ogłupia, dezorientuje ale jednocześnie porywa, mami, kusi i wciąga w wir szalonej pogoni za tym by mieć jeszcze i jeszcze.
Jesteśmy jednak także chrześcijanami, ludźmi wierzącymi. Wiemy, że życie to nie tylko ten świat, ciało, materia, osiągnięcia techniki. Wiemy, że życie to dusza, miłość, głębia, bycie dla innych nie dla siebie – wiemy, że życie to przede wszystkim Bóg. A jednak tak trudno nam utrzymać w polu widzenia to, co najważniejsze, Tego, który Jest Najważniejszy, gdyż – jak mówi dziś księga Mądrości: śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł (Mdr 9,13).
Zastępowanie Boga różnymi bożkami zawsze było ludzką słabością, wystarczy wspomnieć Izraelitów na pustyni. Łatwo porzucamy Boga, łatwo głęboką radość życia porzucamy na rzecz kilku wesołych chwil spędzonych w dyskotece lub na zakupach, albo pod wpływem upojenia alkoholowego czy narkotykowego. Łatwo zatracamy przyjaźń na rzecz interesownych związków, miłość zamieniamy na kilka cielesnych, pustych uniesień, ochów i achów. Łatwo też sprzedaje się takie podejście do życia innym – znajomym, pracownikom, podopiecznym, uczniom w szkole, nawet rodzinie. Łatwo jest zostać dziś znienawidzonym ojcem, bratem, matką, siostrą. W jakim sensie znienawidzonym?
Chrystus stawia dziś wymaganie przedziwne, zaskakujące dla nas – mamy nienawidzić swoich bliźnich – nienawidzić w sensie biblijnym znaczy mniej kochać (przynajmniej tak wyczytałem w mądrych książkach). Ale, ale… jak się to ma do przykazania miłości? Otóż ma się idealnie, gdyż nie przypadkiem pierwsze przykazanie miłości wzywa do kochania Boga, a druga w porządku jest miłość bliźniego. Jeżeli jednak bliźniego postawimy na pierwszym miejscu, albo jeśli bliźni sam postawi się w naszym życiu na miejscu Boga i będzie nas od Niego odciągał, będzie mamił i kusił do pójścia na łatwiznę, to nie pozostaje nam nic innego niż kochać go mniej, a więc nienawidzić. W takim sensie zatem łatwo jest dziś stać się znienawidzonym ojcem, bratem itd.
Jeżeli jeszcze tli się w nas wiara, jeżeli nazywamy siebie Katolikami, to mamy pełne prawo, a nawet obowiązek przeciwstawić się temu głosowi i znienawidzić go, gdyż nie pochodzi on od Boga. Mamy prawo znienawidzić podszept złego, nawet gdy wychodzi z ust matki, ojca, siostry, brata, przyjaciela. Sprzeciw ten jest niezbędny, byśmy mogli ratować wpierw siebie, a potem innych, by samemu nie zostać znienawidzonym. Lecz pan tego świata jest sprytny, potrafi sprawić, że nawet człowiek poszukujący sensu życia i jego głębi zagubi się w różnego rodzaju duchowych propozycjach przekonany, że odnalazł wreszcie głębię. Wschodnie mantry, wróżki, Kadafi wzywający do Islamu i rozdający Koran, buddyzm, joga, horoskopy – mało tego mamy? I nagle spotykamy znajomego lub znajomą, która odeszła od Kościoła, bo wreszcie znalazła to coś, dopiero przed Bogiem okaże się, że ma puste ręce. Ale szukanie głębi w Kościele? Kto to słyszał? To niemodne? Wielu nawet nie wie, że Kościół dzięki swojej dwudziestowiecznej Tradycji rozwijającej się pod przemożną opieką Bożej Opatrzności daje nam możliwość odnalezienia głębi życia, daje możliwość oderwania się od tego co przyziemne. Modlitwa, Eucharystia, Adoracja – to jeszcze jest znane, choć z adoracją różnie już bywa. Dalej mamy sakramenty – przeżyta odpowiednio spowiedź dokładnie pokazuje nam, co w naszym życiu odrywa nas od Boga. Mamy też rekolekcje, skupienia, pielgrzymki. A kto dziś słyszał o medytacji tekstów Pisma świętego (ja dowiedziałem się dopiero w seminarium, co to takiego), kontemplacji scen biblijnych, przymiotów Boga, prawd wiary? Kto podejmuje dobrowolnie post łącząc go z modlitwą? Wszystkie te praktyki pomagają nam odrzucić to, co światowe to, co wpycha się, by w naszym życiu zająć miejsce Boga, co wymaga wysiłku, zaparcia się siebie: Kto nie wyrzeka się wszystkiego co posiada, nie może być moim uczniem – mówi dziś Chrystus.
Powiecie: „Trudne to wszystko. Skąd mamy wiedzieć, że wybieramy w życiu to, co dobre, skoro autor Księgi Mądrości pisze dziś o ludziach, o nas: Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł. Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi, z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką - a któż wyśledzi to, co jest na niebie?
Jakby znał nasze wątpliwości.
Jednak zaraz dodaje słowa, które owe wątpliwości rozwiewają: Któż poznał Twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego? I tak ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie przyjemne, a wybawiła ich Mądrość.
Dar Ducha Świętego, dar mądrości, który otrzymaliśmy wszyscy, on pomaga nam wybrać co Bogu przyjemne, a więc to, co przyjemne jest i nam, choć często wydajemy się w to wątpić szukając innych przyjemności. Tymczasem to Bóg uczyni scieżki naszego życie prostymi.
Jesteśmy jednak także chrześcijanami, ludźmi wierzącymi. Wiemy, że życie to nie tylko ten świat, ciało, materia, osiągnięcia techniki. Wiemy, że życie to dusza, miłość, głębia, bycie dla innych nie dla siebie – wiemy, że życie to przede wszystkim Bóg. A jednak tak trudno nam utrzymać w polu widzenia to, co najważniejsze, Tego, który Jest Najważniejszy, gdyż – jak mówi dziś księga Mądrości: śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł (Mdr 9,13).
Zastępowanie Boga różnymi bożkami zawsze było ludzką słabością, wystarczy wspomnieć Izraelitów na pustyni. Łatwo porzucamy Boga, łatwo głęboką radość życia porzucamy na rzecz kilku wesołych chwil spędzonych w dyskotece lub na zakupach, albo pod wpływem upojenia alkoholowego czy narkotykowego. Łatwo zatracamy przyjaźń na rzecz interesownych związków, miłość zamieniamy na kilka cielesnych, pustych uniesień, ochów i achów. Łatwo też sprzedaje się takie podejście do życia innym – znajomym, pracownikom, podopiecznym, uczniom w szkole, nawet rodzinie. Łatwo jest zostać dziś znienawidzonym ojcem, bratem, matką, siostrą. W jakim sensie znienawidzonym?
Chrystus stawia dziś wymaganie przedziwne, zaskakujące dla nas – mamy nienawidzić swoich bliźnich – nienawidzić w sensie biblijnym znaczy mniej kochać (przynajmniej tak wyczytałem w mądrych książkach). Ale, ale… jak się to ma do przykazania miłości? Otóż ma się idealnie, gdyż nie przypadkiem pierwsze przykazanie miłości wzywa do kochania Boga, a druga w porządku jest miłość bliźniego. Jeżeli jednak bliźniego postawimy na pierwszym miejscu, albo jeśli bliźni sam postawi się w naszym życiu na miejscu Boga i będzie nas od Niego odciągał, będzie mamił i kusił do pójścia na łatwiznę, to nie pozostaje nam nic innego niż kochać go mniej, a więc nienawidzić. W takim sensie zatem łatwo jest dziś stać się znienawidzonym ojcem, bratem itd.
Jeżeli jeszcze tli się w nas wiara, jeżeli nazywamy siebie Katolikami, to mamy pełne prawo, a nawet obowiązek przeciwstawić się temu głosowi i znienawidzić go, gdyż nie pochodzi on od Boga. Mamy prawo znienawidzić podszept złego, nawet gdy wychodzi z ust matki, ojca, siostry, brata, przyjaciela. Sprzeciw ten jest niezbędny, byśmy mogli ratować wpierw siebie, a potem innych, by samemu nie zostać znienawidzonym. Lecz pan tego świata jest sprytny, potrafi sprawić, że nawet człowiek poszukujący sensu życia i jego głębi zagubi się w różnego rodzaju duchowych propozycjach przekonany, że odnalazł wreszcie głębię. Wschodnie mantry, wróżki, Kadafi wzywający do Islamu i rozdający Koran, buddyzm, joga, horoskopy – mało tego mamy? I nagle spotykamy znajomego lub znajomą, która odeszła od Kościoła, bo wreszcie znalazła to coś, dopiero przed Bogiem okaże się, że ma puste ręce. Ale szukanie głębi w Kościele? Kto to słyszał? To niemodne? Wielu nawet nie wie, że Kościół dzięki swojej dwudziestowiecznej Tradycji rozwijającej się pod przemożną opieką Bożej Opatrzności daje nam możliwość odnalezienia głębi życia, daje możliwość oderwania się od tego co przyziemne. Modlitwa, Eucharystia, Adoracja – to jeszcze jest znane, choć z adoracją różnie już bywa. Dalej mamy sakramenty – przeżyta odpowiednio spowiedź dokładnie pokazuje nam, co w naszym życiu odrywa nas od Boga. Mamy też rekolekcje, skupienia, pielgrzymki. A kto dziś słyszał o medytacji tekstów Pisma świętego (ja dowiedziałem się dopiero w seminarium, co to takiego), kontemplacji scen biblijnych, przymiotów Boga, prawd wiary? Kto podejmuje dobrowolnie post łącząc go z modlitwą? Wszystkie te praktyki pomagają nam odrzucić to, co światowe to, co wpycha się, by w naszym życiu zająć miejsce Boga, co wymaga wysiłku, zaparcia się siebie: Kto nie wyrzeka się wszystkiego co posiada, nie może być moim uczniem – mówi dziś Chrystus.
Powiecie: „Trudne to wszystko. Skąd mamy wiedzieć, że wybieramy w życiu to, co dobre, skoro autor Księgi Mądrości pisze dziś o ludziach, o nas: Nieśmiałe są myśli śmiertelników i przewidywania nasze zawodne, bo śmiertelne ciało przygniata duszę i ziemski przybytek obciąża lotny umysł. Mozolnie odkrywamy rzeczy tej ziemi, z trudem znajdujemy, co mamy pod ręką - a któż wyśledzi to, co jest na niebie?
Jakby znał nasze wątpliwości.
Jednak zaraz dodaje słowa, które owe wątpliwości rozwiewają: Któż poznał Twój zamysł, gdybyś nie dał Mądrości, nie zesłał z wysoka Świętego Ducha swego? I tak ścieżki mieszkańców ziemi stały się proste, a ludzie poznali, co Tobie przyjemne, a wybawiła ich Mądrość.
Dar Ducha Świętego, dar mądrości, który otrzymaliśmy wszyscy, on pomaga nam wybrać co Bogu przyjemne, a więc to, co przyjemne jest i nam, choć często wydajemy się w to wątpić szukając innych przyjemności. Tymczasem to Bóg uczyni scieżki naszego życie prostymi.
poniedziałek, 30 sierpnia 2010
O tych, których do studia się nie zaprasza
Kilka już razy pisałem na moim blogu o tym, że dziś często ponad prawdę stawia się własne poglądy – oto wracam po raz kolejny do tej myśli, ale jakby z innej strony ją kąsając.
W dzisiejszym (wczorajszym) drugim czytaniu (Hbr 12,18-19.22-24a) autor listu do Hebrajczyków obala błędne rozumienie Kościoła.
Czy i dziś nie przydałby się taki list do nie wiem kogo: Polaków, Europejczyków, tych co zwą się Katolikami? (toć to oczywiście takie pytanie retoryczne bardziej jest) Także dziś wiele osób boryka się ze zrozumieniem Kościoła. Jest jednak coś, co wydaje się odróżniać nas od Hebrajczyków. Ich błędy w pojmowaniu Kościoła wydają się być niezawinione. Wszak sami często byli "niepisaci i nieczytaci", a sam Kościół – choć z Bożego punktu widzenia już gotowy – na świecie był jeszcze berbelątkiem w pieluchach. Nawet dzisiaj jest nam trudno zrozumieć istotę Kościoła, nie istnieje jego definicja, nadal posługujemy się obrazami by zbliżyć się do tego wielkiego misterium i wiemy, że Kościół to: "owczarnia", "Boża budowla", "mistyczne ciało Chrystusa" itd. Jednakże dziś, odnoszę wrażenie, niezrozumienie Kościoła nie wynika z ludzkiej niemożności, jest raczej konsekwencją świadomie dokonanego wyboru doprawionego obficie ignorancją, lenistwem, a nade wszystkim pychą.
Zarówno pierwsze czytanie jak i ewangelia traktują dziś o pysze i pokorze. Gdy wpierw czytałem drugie czytanie jakoś nie pasowało mi ono do całości. W końcu przyszła ta myśl: przecież stawianie swoich wyobrażeń i poglądów na temat Kościoła ponad usiłowanie poszukiwania prawdy czym tak naprawdę Kościół jest, to nic innego jak pycha – umieszczanie siebie po raz kolejny przed Bogiem niczym nieszczęśni pierwsi rodzice.
Skoro już jesteś w necie, a jeszcze nie wiesz o czym mówię, to przejdź na jakąkolwiek stronę z artykułem wspominającym o Kościele, a dowiesz się o czym pisze. Komentarze na temat jaki to Kościół nie jest, znajdowałem w najdziwniejszych miejscach. Czasem zaskakiwały mnie niczym dorodny grzyb znaleziony w lesie po dwóch miesiącach suszy. Pierwsze pytanie jakie się rodzi na widok takiego zjawiska brzmi: a to co to to jest i skąd się tu wzięło? Tak samo jest i z owymi nieszczęsnymi komantarzami – kiedyś się nawet denerwowałem, dziś uśmiecham się pod nosem i myślę, że jednak nadal funkcjonuje słynne przysłowie, że głupich nie sieją i nie orzą – samo to rośnie. Mój znajomy blogujący ksiądz musiał wyłączyć funkcję komentowania swego bloga, bo mu zyć trolle nie dały.
Wszystkie te komentarze ukazują pewna ogólną tendencję, którą ująć należałoby tytułem: znawców Kościoła nam nie brakuje. Ktoś powie, że to przez internet i jego anonimowość każdy może pisać, co mu ślina na język przyniesie. Otóż nie, niestety nie. Wszystkie media pełne są znawców Kościoła od pana Zbyszka, który w porannym programie miedzy kawą i herbatą, deklarując się wierzącym ale niepraktykującym, snuje opowieści o tym wobec jakich to problemów staje dziś Kościół, aż po wydających kolejne, pełne frustracji książki byłych księży, którzy nagle stali się znawcami zagadnienia chociażby celibatu. To wszystko zaś ma jeden wspólny mianownik, którym jest pycha.
Co można zrobić? Syracydes przestrzega nas w pierwszym czytaniu (Syr 3,17-18.20.28-29), że niewiele:
Słowa te wydają się być zbyt ostre, ostateczne, nie dające możliwości i nadziei – a jednak. Wystarczy trochę pomyśleć, no bo kto jest w stanie przekonać pyszałka, że jest pyszny? Kto komentując komentarze „znawcy Kościoła” jest w stanie doprowadzić do tego, ze w końcu on napisze: rzeczywiście masz rację? Nie spotkałem takiego.
No ale zostajemy jeszcze my, którzy w sercu nosimy szczerą wolę poznania Kościoła a w ten sposób poznanie tez swego miejsca w jego wspólnocie. Przecież nikt z nas z momentem chrztu nie stał się automatycznie profesorem eklezjologii – czyż nie?
Racja. Mamy jednak mnóstwo możliwości by lepiej zgłębiać tajemnicę Kościoła. Chociażby dzisiaj wystarczy się zatrzymać nad druga częścią fragmentu z listu do Hebrajczyków:
Ba! Wystarczy wybrać jedną frazę, by zgłębiając jej sens zrozumieć lepiej czym, a może raczej, jak mówi patriarcha Wenecji, Kim jest Kościół. A więc jest „miastem Boga żyjącego” – „miastem”, a więc nie jestem sam, miasta nie buduje się dla jednej osoby, „Boga żyjącego” – nie z kamienia czy drewna, jakiegoś ołowianego chopka, ale kogoś, Kto Żyje! Jego jest to miasto, a więc i ja, bo ja w tym mieście jestem, jestem jego obywatelem, ja jestem w Kościele i Kościołem, jego częścią itd. Czy to nie piękne? Czy nie lepsze od szczekania wielu, którzy mienią się znawcami Kościoła? Ale punktem wyjścia jest jedno głębokie, pokorne przekonanie: Nie wiem jeszcze zbyt wiele o Kościele, ale ufam, że on sam pomoże mi ten stan rzeczy zmienić.
W dzisiejszym (wczorajszym) drugim czytaniu (Hbr 12,18-19.22-24a) autor listu do Hebrajczyków obala błędne rozumienie Kościoła.
| Ze szkolnej ławy: - A to jest Kościół czy kościół? - Eeeeee... Yyyyyyyyyyy... |
Nie przystąpiliście do dotykalnego i płonącego ognia, do mgły, do ciemności i burzy ani też do grzmiących trąb i do takiego dźwięku słów, iż wszyscy, którzy go słyszeli, prosili, aby do nich nie mówił.
Czy i dziś nie przydałby się taki list do nie wiem kogo: Polaków, Europejczyków, tych co zwą się Katolikami? (toć to oczywiście takie pytanie retoryczne bardziej jest) Także dziś wiele osób boryka się ze zrozumieniem Kościoła. Jest jednak coś, co wydaje się odróżniać nas od Hebrajczyków. Ich błędy w pojmowaniu Kościoła wydają się być niezawinione. Wszak sami często byli "niepisaci i nieczytaci", a sam Kościół – choć z Bożego punktu widzenia już gotowy – na świecie był jeszcze berbelątkiem w pieluchach. Nawet dzisiaj jest nam trudno zrozumieć istotę Kościoła, nie istnieje jego definicja, nadal posługujemy się obrazami by zbliżyć się do tego wielkiego misterium i wiemy, że Kościół to: "owczarnia", "Boża budowla", "mistyczne ciało Chrystusa" itd. Jednakże dziś, odnoszę wrażenie, niezrozumienie Kościoła nie wynika z ludzkiej niemożności, jest raczej konsekwencją świadomie dokonanego wyboru doprawionego obficie ignorancją, lenistwem, a nade wszystkim pychą.
Zarówno pierwsze czytanie jak i ewangelia traktują dziś o pysze i pokorze. Gdy wpierw czytałem drugie czytanie jakoś nie pasowało mi ono do całości. W końcu przyszła ta myśl: przecież stawianie swoich wyobrażeń i poglądów na temat Kościoła ponad usiłowanie poszukiwania prawdy czym tak naprawdę Kościół jest, to nic innego jak pycha – umieszczanie siebie po raz kolejny przed Bogiem niczym nieszczęśni pierwsi rodzice.
Skoro już jesteś w necie, a jeszcze nie wiesz o czym mówię, to przejdź na jakąkolwiek stronę z artykułem wspominającym o Kościele, a dowiesz się o czym pisze. Komentarze na temat jaki to Kościół nie jest, znajdowałem w najdziwniejszych miejscach. Czasem zaskakiwały mnie niczym dorodny grzyb znaleziony w lesie po dwóch miesiącach suszy. Pierwsze pytanie jakie się rodzi na widok takiego zjawiska brzmi: a to co to to jest i skąd się tu wzięło? Tak samo jest i z owymi nieszczęsnymi komantarzami – kiedyś się nawet denerwowałem, dziś uśmiecham się pod nosem i myślę, że jednak nadal funkcjonuje słynne przysłowie, że głupich nie sieją i nie orzą – samo to rośnie. Mój znajomy blogujący ksiądz musiał wyłączyć funkcję komentowania swego bloga, bo mu zyć trolle nie dały.
Wszystkie te komentarze ukazują pewna ogólną tendencję, którą ująć należałoby tytułem: znawców Kościoła nam nie brakuje. Ktoś powie, że to przez internet i jego anonimowość każdy może pisać, co mu ślina na język przyniesie. Otóż nie, niestety nie. Wszystkie media pełne są znawców Kościoła od pana Zbyszka, który w porannym programie miedzy kawą i herbatą, deklarując się wierzącym ale niepraktykującym, snuje opowieści o tym wobec jakich to problemów staje dziś Kościół, aż po wydających kolejne, pełne frustracji książki byłych księży, którzy nagle stali się znawcami zagadnienia chociażby celibatu. To wszystko zaś ma jeden wspólny mianownik, którym jest pycha.
Co można zrobić? Syracydes przestrzega nas w pierwszym czytaniu (Syr 3,17-18.20.28-29), że niewiele:
Na chorobę pyszałka nie ma lekarstwa, albowiem nasienie zła w nim zapuściło korzenie.
Słowa te wydają się być zbyt ostre, ostateczne, nie dające możliwości i nadziei – a jednak. Wystarczy trochę pomyśleć, no bo kto jest w stanie przekonać pyszałka, że jest pyszny? Kto komentując komentarze „znawcy Kościoła” jest w stanie doprowadzić do tego, ze w końcu on napisze: rzeczywiście masz rację? Nie spotkałem takiego.
No ale zostajemy jeszcze my, którzy w sercu nosimy szczerą wolę poznania Kościoła a w ten sposób poznanie tez swego miejsca w jego wspólnocie. Przecież nikt z nas z momentem chrztu nie stał się automatycznie profesorem eklezjologii – czyż nie?
Racja. Mamy jednak mnóstwo możliwości by lepiej zgłębiać tajemnicę Kościoła. Chociażby dzisiaj wystarczy się zatrzymać nad druga częścią fragmentu z listu do Hebrajczyków:
Wy natomiast przystąpiliście do góry Syjon, do miasta Boga żyjącego, Jeruzalem niebieskiego, do niezliczonej liczby aniołów, na uroczyste zebranie, do Kościoła pierworodnych, którzy są zapisani w niebiosach, do Boga, który sądzi wszystkich, do duchów sprawiedliwych, które już doszły do celu, do Pośrednika Nowego Testamentu - Jezusa.
Ba! Wystarczy wybrać jedną frazę, by zgłębiając jej sens zrozumieć lepiej czym, a może raczej, jak mówi patriarcha Wenecji, Kim jest Kościół. A więc jest „miastem Boga żyjącego” – „miastem”, a więc nie jestem sam, miasta nie buduje się dla jednej osoby, „Boga żyjącego” – nie z kamienia czy drewna, jakiegoś ołowianego chopka, ale kogoś, Kto Żyje! Jego jest to miasto, a więc i ja, bo ja w tym mieście jestem, jestem jego obywatelem, ja jestem w Kościele i Kościołem, jego częścią itd. Czy to nie piękne? Czy nie lepsze od szczekania wielu, którzy mienią się znawcami Kościoła? Ale punktem wyjścia jest jedno głębokie, pokorne przekonanie: Nie wiem jeszcze zbyt wiele o Kościele, ale ufam, że on sam pomoże mi ten stan rzeczy zmienić.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
