piątek, 5 stycznia 2018

Iść czy siedzieć?

Jeden z moich proboszczów, gdy przechodził już na emeryturę, to często mówił z żalem: Jak patrzę wstecz, jak myślę o tych wszystkich sakramentach, które udzieliłem, kazaniach i naukach, które wygłosiłem i katechezy nauczałem, a dzisiaj widzę, że niewiele z tego zostało i wierzących od mojego wysiłku nie przybyło i jest mi żal. Wierzcie mi, ten ksiądz był rzeczywiście rozgoryczony, że jego starania nie przyniosły owoców, a tyle się napracował. Jak to możliwe?

W historii trzech Mędrców, Magów, Królów (jak kto woli), którą tak dobrze znamy, jest jeden bardzo interesujący szczegół. Oto Mędrcy idą ze Wschodu za gwiazdą i nagle… gwiazda gdzieś znika, a oni zmuszeni są pytać w Jerozolimie: Gdzie jest nowo narodzony król żydowski? Ujrzeliśmy bowiem jego gwiazdę na Wschodzie i przybyliśmy oddać mu pokłon. Gdy otrzymują odpowiedź na swoje pytanie, to ruszają dalej i znowu - w sumie trochę jakby nigdy nic - pojawia się gwiazda, która prowadzi ich do celu. Św. Efrem Syryjczyk, żyjący w IV w. wielki Ojciec Kościoła pisze, że gwiazda ukryła się przed oczami Mędrców, gdyż Bóg to sprawił aby wypróbować Izraela. W ten sposób Mędrcy trafiają do Jerozolimy i okazuje się, że w Jerozolimie od kapłanów i uczonych ludu Herod dowiedział się, gdzie ma się narodzić Mesjasz i dali oni świadectwo, że prorocy – jak chociażby słyszany dziś w pierwszym czytaniu Izajasz – nie mylili się.

Rodzi się zatem pytanie: jak to możliwe, że Mędrcy ze Wschodu dobrze odczytali znaczenie gwiazdy, a uczeni Izraela, którzy mieli wszystko po nosem – nie?

Bo wiedza, to jeszcze nie wiara. Jako księża możemy uczyć religii w szkołach, głosić kazania, a rodzice mogą powtarzać dzieciom milion razy, że trzeba żyć "po bożemu", zgodnie z przykazaniami, jednak to nie wystarczy. Bo wiedza, to nie to samo co wiara. Zapytajmy tych wszystkich młodych ludzi, którzy przyjęli sakrament bierzmowania w ostatnich latach, przecież przeszli tyle katechez w szkole i na parafii – dlaczego ich serce nie płonie miłością do Pana Boga? Bo wiedza, to jeszcze nie jest wiara. Rodziców dzieci pierwszokomunijnych zapytajcie, jak sobie dobrze powtórzyli prawdy wiary, przykazania i modlitwy – dlaczego oni nie wrócili do Boga, gdy sobie przypomnieli jaki jest fundament naszej wiary? Bo wiedza, to jeszcze nie jest wiara. My mamy dobrą wiedzą katechizmową, nawet ci, którzy z różnych powodów żyją w grzechu, oni też najczęściej wiedzą, że nie jest to zgodne z naszą wiarą – dlaczego się wiec nie nawrócą? Właśnie dlatego, że tylko wiedzą. Ja też wiem, gdzie mieszka moja mama, ale jak jej nie będę odwiedzał, do niej dzwonił, pomagał jej, to na co jej się przyda moja wiedza? Wiedza to za mało. Dlatego właśnie Bóg wie, że uczeni Izraelscy mają wiedzę, ale podsyła im Mędrców, by ich sprawdzić, wręcz sprowokować – prowokacja się jednak nie powiodła.

I nas Pan Bóg wystawia nieraz na próbę, i nas chce sprowokować. I daje nam znaki, które prowadzą do Niego, drogą długą, krętą, trudną, ale zarazem bardzo wyraźną. Jednak my jesteśmy jak mieszkańcy Jerozolimy. Ich uczeni wiedzieli wszystko o tym gdzie narodzi się Mesjasz i z czyjego będzie pokolenia, ale nie odczytali znaków zapowiadających narodziny Pana Jezusa. My też wiemy bardzo dużo o Bogu, o Jego miłości, o Jego ofierze na krzyżu i o zmartwychwstaniu, modlitwy znamy na pamięć i pieśni, ale do samego Boga często się przez to nie zbliżamy.

Tylko dlaczego?

Może dlatego, że zamiast iść osiedliśmy, jak Izraelici w Jerozolimie. Tymczasem wiara jest dynamiczna, ten kto wierzy, ciągle szuka Boga. Nie po darmo mówi Izajasz: Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko! (Iz 55,6) Bo ten kto wierzy w Boga, nie tylko wie, o tym, że On istnieje, ale ciągle w swoim życiu szuka drogi do Niego, idzie jak Mędrcy, wypytuje, czyta znaki czasów, a Bóg staje się pierwszym celem jego życia i to dopiero znaczy wierzyć.

Szukajcie Pana, gdy się pozwala znaleźć, wzywajcie Go, dopóki jest blisko!

sobota, 13 lipca 2013

"A kto jest moim bliźnim?"

"A kto jest moim bliźnim?"
      To pytanie zadane dziś Panu Jezusowi wciąż powraca na nasze usta. Niedawno rozmawiałem ze znajomymi. Mamy wspólnych znajomych i wspólnych nieznajomych, ludzi nielubianych, żeby nie powiedzieć wprost - wrogów. Co z nimi? Gdy popatrzymy na przypowieść Mistrza o miłosiernym Samarytaninie, to stwierdzimy, że każdy człowiek jest naszym bliźnim. A jednak są wśród ludzi tacy, których lubimy bardziej i tacy, których lubimy mniej. Są i tacy, których wcale nie znamy, a już jesteśmy do nich uprzedzeni. Wspominam wprowadzenie na urząd patriarchy Wenecji bpa Francesco Moraglia. Wenecjanie dobrze pamiętali, że jest z genui, z którą kilkaset lat temu toczyli wojny - jak widać uprzedzenia bywają bardzo trwałe. Słuchacze Pana Jezusa byli uprzedzeni do Samarytan, a Samarytanie do nich. Tym mocniej uderzał przykład podany przez Nauczyciela - Samarytanin pomaga człowiekowi nie pytając go o to kim jest.
      Tutaj chyba znajdujemy cały sens przesłania, jakie niesie dzisiejsza przypowieść. Codzienność przynosi wiele okazji do czynienia dobra. Zawsze tym, który takie okazje stwarza jest drugi człowiek. Ktoś może zapytać: - "No a dokarmianie piesków i kotków? A ratowanie zabytków? To też dobre działanie!". Zgadza się. Jednak za tym działaniem zawsze kryje się człowiek, który nam pokazuje, że jest potrzebna pomoc. Na świecie tylko Bóg i człowiek widzi biedę drugiego człowieka i jest jej w stanie zaradzić. Zazwyczaj nie mamy problemów z udzielaniem pomocy innym, tak jak Samarytanin pomógł pobitemu człowiekowi. Gorzej jest, gdy zaczynamy pytać człowieka w potrzebie: - "A kim ty jesteś? Dlaczego ja mam tobie pomagać? Przecież to są darmozjady! Przecież toczyliśmy wojny z tymi ludźmi! Przecież ten sąsiad przyorał miedzę mojemu dziadkowi! A ich córka rzucała kamieniami w naszego kota! I ja mam takiemu człowiekowi pomóc? Nie zasłużył sobie!"
      Bądźmy szczerzy - na świecie jest bardzo niewiele ludzi, którzy mieli jakąkolwiek szansę zasłużyć na nasza pomoc. Ilu ich może być? Dziesięciu? Trzydziestu czterech? Choćby i stu dwudziestu - jak się to ma do miliardów ludzi na ziemi? Dlatego Pan Jezus przytaczając przypowieść o miłosiernym Samarytaninie przypomina nam, że każdy człowiek jest naszym bliźnim i gdy potrzebuje pomocy, to nie można go pytać: "Kim jesteś?" - tylko trzeba pomagać. Na tym polega miłość chrześcijańska, że mimo iż mamy znajomych i przyjaciół, a także wrogów i takich, z którymi nie rozmawiamy za często, to gdy ktoś znajduje się w potrzebie, to nie pytamy kim jest, tylko pomagamy zapominając o krzywdach, uprzedzeniach i nie licząc na jakąkolwiek wdzięczność. Pomagamy, bo tak trzeba, bo to wynika z naszej wiary, bo każdy, kto jest tuż obok, jest naszym bliźnim. Pomagamy, bo sami wciąż Boskiej i ludzkiej pomocy doznajemy, chociaż często jesteśmy świadomi, że na nią nie zasłużyliśmy.

sobota, 22 czerwca 2013

Tresując tygrysa

     Od września ubiegłego roku pracuję w Sądzie Diecezji Opolskiej. Znikome mam doświadczenie i nie zamierzam się tutaj wymądrzać - a jeśli kiedyś zacznę się wymądrzać należy mnie odnaleźć (co nie będzie trudne) i walnąć mi tzw. "plaskacza" na otrzeźwienie :) W pracy sędziego potwierdza się to, o czym wszyscy wiedzą, mianowicie, że małżeństwa rozpadają się często (nie mówię zawsze) z powodu pewnego rodzaju rozczarowania. Po prostu ludzie, najczęściej młodzi, wyobrażają sobie najpierw swoje małżeństwo, a potem okazuje się, że wredna i przebiegła rzeczywistość nie chce nijak pasować do tych - jakże doskonałych - wyobrażeń. Co zrobić? Dorosły i dojrzały człowiek stawia czoło rzeczywistości, nie daje się zaskoczyć, a nawet zaskoczony, chętnie staje w szranki i walczy o swoje, dopasowuje się, zmienia taktykę, robi uniki, a przede wszystkim nie daje sobie odebrać skarbu, jakim jest małżeństwo i rodzina, którą założył. Gdy jednak komuś brakuje odwagi i dojrzałości? Są tacy. Myślą oni, że życie to mały kotek, którego wystarczy pogłaskać, nakarmić i będzie go można tresować, urabiać i uczyć różnych sztuczek, które będzie robił na każde ręki skinienie przy zachwycie i oklaskach oniemiałych obserwatorów. Kto by nie chciał trzymać tak swego życia w ręku. Jednak okazuje się, że życie to nie kotek tylko tygrys - ogromne, mierzące bez ogona nawet 290 centymetrów i ważące około 400 kilogramów bydlę, które nie ma zamiaru robić fikołków za miskę mleka i kocie chrupki. Co wtedy? Wielu ucieka, ale każdy człowiek twardo stąpający po ziemi spodziewał się tego tygrysa i wie, że trzeba i można tę bestię ujarzmić i wytresować. Jest to związane z potem i z krwawicą, trzeba potwora karmić, bo inaczej zje nas samych, potrzebny jest wielki nakład sił i pracy jednak efekty dają niesamowitą satysfakcję, której nijak nie można porównać z przewrotkami kociaka.
     Oczywiście sfera życia małżeńskiego jest tylko jedną z wielu dotyczących naszego życia. Tak samo przerażeni wobec zastanej rzeczywistości stoją studenci, pracownicy, emeryci, rodzice, księża, biskupi itd. Każdy ma "siakieś" wyobrażenia i każdego z nas życie szybko sprowadza do parteru. Są jednak osoby, a jest ich spora grupa, które nie mają zamiaru zmieniać swych wyobrażeń o rzeczywistości i wolą nadal żyć w wyimaginowanym, a przez to zafałszowanym świecie własnych wyobrażeń. Dotyczy to rodziców, którzy mówią, że ich dziecko jest takie wspaniałe i kochane, a ono właśnie wyciąga im kolejną stówkę z portfela. Dotyczy to pracowników, na których szef się uparł i ich gnębi, a przecież robota nie zając, po co się tak stresować terminami. Dotyczy to studenta, który wychodzi z egzaminu z dwójką i mnoży pretensje do profesora - a wiadomo czyja wina, bo z pustego... Dotyczy to wreszcie katolika i  - jak już pewnie się domyśliłeś - do tego właśnie zmierzałem. Mam was (tudzież nas)!
     Żyjemy, nie powiem, że w świecie, ale na pewno w kraju wyimaginowanej wiary. Każdy sobie Boga wymyśla i żyje według tych wymyśleń - to jest akurat naturalny proces. Jednak naturalne jest także, że nasze wyobrażenia korygujemy za pomocą obiektywizujących je narzędzi. Z pomocą przychodzi tutaj Pismo Święte, nauka Kościoła, Święta Tradycja, itd. Ale, ale... gdy zaczynamy obiektywizować nasze wyobrażenie wiary i Boga, to nagle okazuje się, że... no właśnie... że kociak jest tygrysem. Wielu jest głęboko przekonanych, że wiara powinna dawać przyjemność, radość, pokój ducha i mają rację, jednak cechuje ich myślenie światowe. Idąc "do kościoła" oczekują, że będzie fajnie, a może i proboszcz na koniec Mszy Świętej jakiś dowcip opowie? Klękając do konfesjonału - aaaaa, przepraszam, nie klękają, bo taka spowiedź to rzecz przykra, a wiara ma dawać radość i przyjemność. Wobec wymagań wszelkich przykazań najpiękniejsze jest to o miłości - kochajmy się, a resztę powierzmy Panu Bogu - On nam wybaczy. Z założenia nie należy słuchać księży i biskupów, którzy cały ten idylliczny obraz (s)pokoju i przyjemności próbują zburzyć. Jednym słowem wiara dzisiaj jest często naszym osobistym wyobrażeniem, konglomeratem wygodnych wskazań życiowych, które na własne potrzeby można dowolnie modyfikować tak, by było jeszcze spokojniej i jeszcze przyjemniej i niech nikt od nas niczego nie wymaga!
     Pan Jezus mówi dzisiaj: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Łk 9, 23) Oto nasza wiara. Jest ona niesieniem krzyża za Chrystusem. Jak mądrze mówią komentarze do tego fragmentu ewangelii łukaszowej, niesienie krzyża to było niesienie na miejsce kaźni belki poprzecznej (zwanej "patibulum") przywiązanej do ramion. Szło się wśród szyderstw, plucia i zniewag tłumu. Nijak ma się ten obraz do naszej przyjemności, pokoju i szczęścia, ale to właśnie jest prawdziwa  wiara - prawdziwa i jedyna. Każdy człowiek wierzący musi być gotów na podjecie wymagań, na przeciwstawienie się trudom życia, na  pot, skwar, wyzwiska i naśmiewanie się tłumu, które nam są dobrze dziś znane, bo łatwo dziś znaleźć takich, którzy chętnie opluwają głęboko wierzących, kopią ich i popychają szydząc z każdego upadku.
Z zewnątrz nie wygląda to dobrze, taki człowiek wierzący wydaje się być nieszczęsnym naiwniakiem, który nie mając znikąd pomocy chwycił się Boga. Ale całkiem inaczej wygląda to z punktu człowieka niosącego "patibulum" za Chrystusem - tutaj dopiero jest prawdziwa pewność, że obrany w życiu kierunek jest kierunkiem słusznym. Właśnie ta pewność jest źródłem szczęścia, pokoju serca i najgłębszej radości, mimo że kosztuje nas wiele, że wciąż, każdego dnia stawia nam wymagania. Właśnie dzięki tym wymaganiom mamy w ręku narzędzie do tresowania tygrysa, którym jest rzeczywistość z jaką zderzamy się każdego dnia i jestem pewien, że takiej tresurze nie oprze się nawet najbardziej krnąbrne kocisko. To ci dopiero satysfakcja, to jest radość - brać narzędzia które daje nam Bóg i wiara by kształtować swoje życie efektywnie i czerpać jeszcze z tego przyjemność mimo, że inni się śmieją - to jest śmiech leniwca, który boi się podjąć prawdziwej wiary i żyje nadal w swoim wymyślonym światku. Obudzi się z ręką... sami wiecie gdzie.
Wiary nie trzeba, a nawet nie można wymyślać. Wiara już jest, dana od Boga, jedyna prawdziwa, przekazywana przez Kościół. Bierzmy ją w swoje ręce, albo raczej na swoje ramiona, jak krzyż i w drogę - za Chrystusem!

PS.: Dziękuję Asi za udostępnienie zdjęcia kota ułożonego :)

sobota, 11 maja 2013

Wokół teraźniejszości

     Moi znajomi prowadzili kiedyś lokal gastronomiczny. Zaczynali od budki, potem wybudowali coś większego i oczywiście potrzebny był im ktoś do pomocy. Niby przy naszym bezrobociu znalezienie pracownika nie powinno być problemem... niby... Okazało się to bardzo trudnym zadaniem. Po kilku tygodniach poszukiwań znajoma była już załamana poziomem potencjalnych pracowników. Dziwiła się przede wszystkim jednemu - otóż zdecydowana większość przychodzących nie pytała co ma robić, gdzie konkretnie pracować, jakie będą ich obowiązki, natomiast pierwsze pytania były o zarobek lub/i dotyczyły ewentualnych zastrzeżeń w stylu: tego nie będę robić, a wtedy muszę wychodzić wcześniej, itp. Właścicielka lokalu zastanawiała się jak to możliwe, że ludzi nie interesuje praca, obowiązki, tylko przywileje i nagrody, w tym przypadku wynagrodzenie.
Nihil novi sub sole.
     Gdy w dzisiejszym pierwszym czytaniu Pan Jezus zapowiada uczniom, że odchodzi i pośle Ducha Świętego, ci od razu pytają: "Panie, czy w tym czasie przywrócisz królestwo Izraela?". Uczniowie chcą wiedzieć, kiedy to będzie, kiedy dokona się to, na co wszyscy czekają, kiedy zajaśnieje Królestwo Boże, ale Nauczyciel szybko studzi ich zapał: "Nie wasza to rzecz znać czas i chwile, które ojciec ustalił swoją władzą". Tak więc uczniowie niecierpliwie wyglądają nagrody, a zamiast nagrody otrzymują dalsze wskazania: "gdy Duch Święty zstąpi na Was, otrzymacie jego moc i będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi". Po tych słowach odszedł.
     Człowiek jest wciąż ten sam, od tysięcy lat. Pan Jezus uczniom, którzy pytają o nagrodę, mówi o obowiązkach. Musiało z nich w tym momencie nieźle zejść powietrze - oni pytają o to, czy nastanie teraz Boże Królestwo, a Pan Jezus mówi im: to nie wasza sprawa? (bo jak inaczej zinterpretować słowa: "nie wasza to rzecz"), do roboty się bierzcie, trzeba głosić Ewangelię, trzeba świadczyć swoim życiem - oto wasze zadanie na teraz.
     To takie bardzo ludzkie i przyziemne, czy ziemskie, czy - jak mawia nasz arcybiskup emeryt - uerdowione, że człowiek często zanim zacznie pracę pyta najpierw: A co ja będę z tego miał? Jak długo mam pracować i czy mogę krócej? Wybiegamy naprzód, myślimy o wypłacie, która wpłynie na konto, o chwilach wolnych, które nadejdą wraz z urlopem, albo przynajmniej wraz z weekendem. Cały tydzień pojawiają się na stronach internetowych obrazki mówiące o poniedziałkowej depresji i piątkowej euforii - jeśli wiecie co mam na myśli - a tydzień? Ucieka! Ucieka to, co najważniejsze, nasze wysiłki, praca, nauka - na tym się za bardzo nie skupiamy, przynajmniej nie ponad konieczność.
Wszędzie można być świadkiem :)
     Tak też można przeżywać wiarę próbując przewidzieć nadejście Pana Jezusa - ile to końców świata ostatnio przeżyliśmy?! Niby nikt się tym nie przejmuje, ale dziwnym trafem wszyscy są na bieżąco :) Jak to możliwe? Tymczasem ucieka nam dziś, ucieka teraźniejszość. Pan Jezus zwraca uwagę uczniów na to, by nie myśleli o tym kiedy nadejdzie Jego Królestwo, ale by myśleli o przygotowaniu siebie i innych na nastanie owego Królestwa. Chrystus zwraca uwagę na to, co zostało do zrobienia, a do zrobienia jest jeszcze bardzo dużo, bo trzeba świadczyć o Bogu. Tutaj też Pan Jezus ucieka się do zabiegu retorycznego, by uzmysłowić uczniom zakres ich obowiązku. Mistrz nie mówi od razu: Bądźcie moimi świadkami wszędzie, ale buduje napięcie i mówi: "będziecie moimi świadkami w Jerozolimie i w całej Judei, i w Samarii, i aż po krańce ziemi" Tutaj pragnę przypomnieć czytelnikowi, że Piotr w tym momencie nie mógł chwycić za komórkę by zabukować sobie bilet do Boliwii :) - łatwo wyobrazić sobie, jakie to musiało wywrzeć wrażenie na Apostołach. Być świadkiem Chrystusa aż po krańce ziemi, to nie lada wyzwanie.
     Także my nie jesteśmy na ziemi po to, żeby usiąść, założyć ręce i czekać na nadejście Bożego Królestwa. Nie jesteśmy tutaj przypadkiem. Pan Bóg ma dla nas konkretne zadanie - świadczyć o nim, aż po krańce ziemi. To nie oznacza, że mamy wszyscy wyjechać na misje, oznacza to raczej, że mamy być świadkami Bożymi zawsze i wszędzie nie pytając o wynagrodzenie, o to co będzie, bo przecież my dobrze wiemy, co będzie naszą nagrodą (lub karą) nie wiemy tylko kiedy. Nie nasza to jednak rzecz wiedzieć kiedy; do nas należy wypełniać posłannictwo, do którego wybrał, przeznaczył i umacnia nas darami Ducha Świętego Bóg Ojciec.
     Ktoś powie: A jednak pracownik - czy pyta, czy nie - w końcu, jeżeli ma uczciwego pracodawcę, otrzymuje swoją zapłatę. Odpowiem: A jakże!

piątek, 1 marca 2013

W nieustannym napięciu.

     Każdy, kto uczy w szkole wie, jak negatywnie wpływają na proces nauczania różnego rodzaju przerwy, długie weekendy i inne święta. Oczywiście nauczyciele cieszą się na te dni wolne nie mniej niż uczniowie (a czasem chyba nawet bardziej, tylko nie dają po sobie poznać), jednak faktem jest, że dni oddechu przerywają PROCES nauczania, a nie ma nic bardziej zgubnego dla utrwalania wiedzy, jak przerwany proces :) Uczeń, po tych kilku dniach wolnego, wraca na łono szkoły rozkojarzony, zniechęcony i wewnętrznie tudzież dyscyplinarnie rozbity. Mimo, że bloki nauczania, trwające z przerwami na weekendy (nie wymyślił nikt jeszcze jakiegoś polskiego określenia?!) kilka miesięcy, nie są dla ucznia łatwym doświadczeniem, to właśnie one przynoszą najlepsze efekty. Wynika to oczywiście z systematyczności pracy ucznia oraz ze zdyscyplinowania (większego lub mniejszego, a w sumie to chyba głównie mniejszego) ucznia. Młodzieniec tudzież... młodzienica, młodzianka (?) czuje nieustanne parcie, pewną presję, którą lekko i nieustannie wywiera ów przeskuteczny proces nauczania.
     W takim napięciu żyjemy także i my. Przypomina o tym czas Wielkiego Postu, przypominają także czytania z III niedzieli tego okresu liturgicznego. Dla Izraela rozpoczyna się właśnie wyjście z Egiptu i Mojżesz spotyka JESTEM, KTÓRY JESTEM w krzewie, który się nie spala. Izraelici wyruszą do Ziemi Obiecanej, Lecz w większości z nich nie upodobał sobie Bóg; polegli bowiem na pustyni - usłyszymy słowa skierowane przez św. Pawła Apostoła do Koryntian. Ci ludzie są dla nas ostrzeżeniem, byśmy nie marudzili przeciw Bogu i nie pożądali zła. Jeżeli jednak kogoś naszłaby myśl, że losu poległych na pustyni nie podzieli, to Pan Jezus cuci go z maligny nierozsądku nawiązując do pogromu, jakiego dokonał na Galilejczykach Piłat: Czyż myślicie, że ci Galilejczycy byli większymi grzesznikami niż inni mieszkańcy Galilei, że to ucierpieli? Bynajmniej, powiadam wam; lecz jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie. By jeszcze wyklarować sytuację Chrystus mówi przypowieść o drzewie figowym, które nie przynosiło owocu i dostało ostatnią szansę na to, by obrodzić - ostatni rok. 
     Pielgrzymowanie po pustyni, słowa św. Pawła: Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł oraz wydarzenia, jakie opisuje nam ewangelista Łukasz opatrzone przypowieścią Pana Jezusa przypominają nam o jednym - bierzemy udział w pewnym procesie, niejako pomiędzy ustami a brzegiem pucharu, żyjemy w ciągłym napięciu. Nie jest to jednak napięcie wywołane strachem - bynajmniej. Jest to napięcie wywołane przekonaniem o własnej niedoskonałości, o własnej słabości, grzeszności. To napięcie wywołane niepewnością o własne zbawienie, o własną świętość. Nie obawiamy się jednak tego, czy zostaniemy po śmierci zbawieni, gdyż w to wierzymy. Raczej obawiamy się tego, czy na to zbawienie w jakikolwiek sposób zasłużymy. Jesteśmy (upraszczając) jak uczeń, który oddał sprawdzian i czeka na ocenę - wie, że jakąś dostanie, ale jaką?! Bardzo dobra zmotywuje go do dalszej pracy, słaba zmotywuje go do poprawy, by nie zostać. Żaden uczeń, nawet szóstkowy, nie może usiąść 3 marca 2012 i powiedzieć: No to mam zdane, jestem gotowy i nie muszę się uczyć. Od razu trzeba by mu przypomnieć słowa św. Pawła: Niech przeto ten, komu się zdaje, że stoi, baczy, aby nie upadł. 
     Dla ucznia przestrogą są jego koledzy, którzy w ubiegłym roku uczęszczali do klasy wyżej, a w tym roku uczęszczają do jego klasy. Nas Bóg przestrzega wskazując anty-przykład tych, którzy polegli na pustyni, którzy oddali się złu i pomarli w grzechach. Myślisz, że jesteś od nich lepszy? - pyta Bóg. 
     Każdy z nas wie, że nasze życie na ziemi kiedyś się skończy, niezależnie od koloru skóry przyszłego papieża. Jan Chrzciciel - żeby jeszcze nawiązać do drzewa figowego, o którym w przypowieści mówi Chrystus - nie pozostawia nam żadnych złudzeń: Wydajcie więc godny owoc nawrócenia, a nie myślcie, że możecie sobie mówić: "Abrahama mamy za ojca", bo powiadam wam, że z tych kamieni może Bóg wzbudzić dzieci Abrahamowi. Już siekiera do korzenia drzew jest przyłożona. Każde więc drzewo, które nie wydaje dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone. Drogi Czytelniku, jeśli poczułeś choć trochę owo napięcie pomiędzy wiecznym szczęściem i wiecznym potępieniem w jakim żyjemy, to się cieszę, gdyż wywołanie owego napięcia było moim celem. Może nawet nie wywołanie, ale przypomnienie o nim, bo przecież ono ciągle trwa, a my w nim, tylko o tym czasem naiwnie zapominamy.

sobota, 23 lutego 2013

Spotkanie z Wszechmocnym

   Poniższy tekst miał być wrzucony dwa tygodnie temu, ale... ten czas, a w sumie jego brak... pewnie wiecie o co chodzi. Dziś domknąłem remonty na blogu i ruuuuszaaaamy!

   Dawno mnie tu nie było. Niemal zapomniałem, że mam bloga. Okazuje się, że kapłańskie życie może tak się czasem powikłać, że nagle nie wystarcza czasu na to, co najważniejsze. Oczywiście pisanie bloga nie jest najważniejsze w życiu księdza, ale domyślacie się, że treści na tym blogu nie są przepisywane z książek, albo czasopism typu "Współczesna ambona", tylko są efektem przemyśleń i modlitwy, które ostatnio zostały pożarte przez inne, mniej ważne, ale jakże absorbujące (jak to w życiu bywa) sprawy. Jednak wreszcie coś drgnęło i oto owoce tego poruszenia :)
   Wiele się w ciągu tego prawie roku pozmieniało, widzę, że czeka mnie porządna aktualizacja moich danych i poglądów, bo te umieszczone na blogu bardzo się zdezaktualizowały. Ale nie o mnie chce pisać w poście, bo mój blog to nie jakiś "Plastusiowy pamiętnik" więc to rzeczy.

   Wielokrotnie pewnie zastanawialiście się, jak to działa wszechmoc Boga. A może nie zastanawialiście się wcale? Temu, kto mówi, że Bóg jest wszechmocny (czyli wszystko może) od razu zadawane jest pytanie: Więc dlaczego ludzie chorują? Czy nie mógłby sprawić, by choroby zniknęły? Dlaczego ludzie żyją w biedzie i z biedy nieraz umierają? Czy Bóg nie mógłby im pomóc? Dlaczego wojny? Dlaczego cierpienia? Dlaczego dzisiaj nie zdałem egzaminu, choć tak bardzo się starałem i modliłem o to? itd...
   W środę 30 stycznia 2013 roku byłem na audiencji papieża Benedykta XVI na Watykanie (inny by się chwalił, ja tylko mówię). Papież w swoich katechezach naucza teraz o Wyznaniu wiary (Credo), analizując poszczególne jego elementy. Na audiencji, na której byłem obecny papież mówił o "Ojcu wszechmogącym". Najpierw analizował, co to oznacza, że Bóg jest Ojcem. Następnie przeszedł do znaczenia wszechmocy Boga. Mówił tak: Na chwalebnym Krzyżu, dokonuje się pełne objawienie wielkości Boga jako "wszechmocnego Ojca". I od razu Benedykt XVI wyjaśnił tę myśl. Papież zauważył, że my rzeczywiście szukamy Boga Wszechmocnego, który zrobi w naszym życiu i w świecie co trzeba (wg naszego uznania oczywiście). Z tego samego powodu wielu sięga do wróżb, talizmanów i bożków wierząc, że będą one działały na życzenie. Tymczasem wszechmoc Boga charakteryzuje się miłosną Ojcowską wolnością. Bóg Ojciec pragnie byśmy stali się Jego dziećmi, ale szanuje nasz wybór. To dlatego Na chwalebnym Krzyżu, dokonuje się pełne objawienie wielkości Boga jako "wszechmocnego Ojca", ponieważ Chrystus chciał umrzeć na krzyżu i Wszechmocny Bóg nie mógł mu tego zabronić. Ludzie postanowili ukrzyżować Pana Jezusa i Wszechmocny Bóg nie mógł im w tym przeszkodzić. Z tego samego powodu dziś grzeszymy, a Wszechmocny Bóg pozwala nam grzeszyć, gdyż nas kocha i szanuje naszą wolność. Można by powiedzieć, że Wszechmoc Boga kończy się na wolności człowieka - jeżeli ja, będąc wolnym, odrzucam  Boga, to Bóg uszanuje moją decyzję.
   Dziś w czytaniach spotykamy trzy osoby: Izajasza, Pawła i Piotra. Wszyscy trzej spotykają Boga i wszyscy trzej wyznają, że nie są godni tego spotkania. Izajasz boi się wręcz, że umrze, bo jest grzesznikiem, a oglądał Boga. Paweł pisze, że Chrystus objawił mu się jako najmniejszemu, jako "poronionemu płodowi". Gdy zaś Szymon Piotr uświadomił sobie kogo spotkał od razu powiedział Panu Jezusowi: Odejdź ode mnie Panie, bo jestem człowiek grzeszny. Gdyby Bóg, był Wszechmocny w taki sposób, jak my byśmy tego chcieli, to powiedziałby Piotrowi: Masz rację grzeszniku, odchodzę, Pawłowi w ogóle by się nie objawił, tylko od razu zniszczyłby go swym blaskiem na drodze do Damaszku, a Izajaszowi powiedziałby: Co mnie podglądasz?! Giń!!! Tak się jednak nie stało - na szczęście. Tak też nie dzieje się i dziś, gdy wchodzimy do kościoła, gdy uczestniczymy we Mszy Świętej. Nikt z nas nie musi zastanawiać się w progu świątyni, czy jest jeszcze godzien wejść do środka, czy może lepiej nie ryzykować spotkania z Wszechmogącym. Dlaczego? Odpowiada nam pięknymi słowami papież: Wszechmoc Boga wyraża się w miłości, w miłosierdziu, w przebaczeniu, w niezmordowanym wezwaniu do przemiany serca, w postawie tylko na pozór słabej, utkanej w cierpliwość, łagodność, miłość. Z taką to wszechmocą Boga zetknęli się Izajasz, Paweł, Szymon Piotr i wielu innych - to wszechmoc, która działa mocą miłości i kto ja spotka nie może pozostać wobec niej obojętny. Dlatego Paweł i Szymon poszli za wezwaniem Pana Jezusa, a Izajasz odpowiada na Boże wezwanie: Oto ja. Poślij mnie.
   Niesamowite jest to, że przecież my spotykamy dokładnie tego samego Boga, chociażby na Eucharystii, albo w konfesjonale. Doświadczamy tej samej Wszechmocy, która mogłaby nas zniszczyć, ale wtedy zaprzeczyłaby sama sobie, bo ta Wszechmoc - Boża Wszechmoc nas stworzyła. Warto o tym myśleć i mieć tego świadomość, gdy stajemy przed obliczem Wszechmocnego Ojca, jak stawali Izajasz, Paweł, Szymon Piotr i wielu innych.

niedziela, 13 maja 2012

Bez względu na...

Ludzi na świecie wielu - przyjaciół...
Kim jest dla ciebie Chrystus? Kim jest dla Ciebie Bóg? - to pytania wielokrotnie zadawane przy okazji lekcji religii, różnorodnych rekolekcji, kazań itp. Oczywiście od razu nakłaniani jesteśmy do odpowiedzi i słusznie - słusznie, że jesteśmy nakłaniani, a nie słusznie, że natychmiast, jeśli wiecie co mam na myśli. Wszak odpowiedź na pytanie "Kim jest dla mnie Bóg?" pokazuje nam stan naszej wiary wraz ze wszystkimi jej zakłamaniami, fałszywymi wyobrażeniami i zranieniami. Odpowiadamy więc, że Bóg jest Ojcem, Przyjacielem, Zbawicielem, Towarzyszem na życiowej drodze itp. Rozwijanie każdego z tych obrazów - bo ojciec ojcu nierówny - odkrywa tajniki naszego serca.

Myśleliście kiedykolwiek nad tym by obrócić pytanie i zapytać nie o to, kim jest dla mnie Bóg, ale kim ja jestem dla Niego. Na tak postawione pytanie Chrystus daje nam dzisiaj odpowiedź. Najpierw mówi:
Jak Mnie umiłował Ojciec, tak i Ja was umiłowałem. Wytrwajcie w miłości mojej!
po czym dodaje:
Wy jesteście przyjaciółmi moimi, jeżeli czynicie to, co wam przykazuję. Już was nie nazywam sługami, bo sługa nie wie, co czyni pan jego, ale nazwałem was przyjaciółmi, albowiem oznajmiłem wam wszystko, co usłyszałem od Ojca mego.
Dla Boga jestem przyjacielem. Zaskoczeni? O tym, że Bóg jest naszym Przyjacielem wiemy od dawna, ale że my jesteśmy przyjaciółmi Boga? Nie wydaje się to być swego rodzaju nowością? Jak w ogóle rozumieć ten fakt naszej wzajemnej przyjaźni - przecież On jest Bogiem, a my Jego stworzeniem.

Dla mnie taki Bóg przyjaciel jest jak Piotr, o którym słyszeliśmy w pierwszym czytaniu - może przypomnę:
A kiedy Piotr wchodził, Korneliusz wyszedł mu na spotkanie, padł mu do nóg i oddał mu pokłon. Piotr podniósł go ze słowami: Wstań, ja też jestem człowiekiem.
Właśnie, przyjaciel to ktoś, kto mimo swego stanowiska, wieku, tytułów jest w stanie postawić się na naszym poziomie - nawet, gdy nie jest on za wysoki. Mam nadzieję, że spotkaliście kiedykolwiek (bo to nie takie oczywiste) mamę, tatę, szefa, księdza, biskupa, profesora, czy po prostu lepszego w czymś od pozostałych (w sporcie, muzyce, nauce) kolegę, którzy potrafili porozmawiać z każdym, kogo spotkali, czy to było dziecko, czy to był dziedziunio, czy prosty człowiek bez tytułów przed nazwiskiem. Kto miał takich rodziców, którzy nie gardzą problemami swoich dzieci, ale nad każdym (nawet gdy jest to martwa biedronka znaleziona na parapecie) potrafią się pochylić, by razem z dzieckiem go przetrawić, ten w rodzicach znalazł na pewno przyjaciół i jest im za to wdzięczny. Tak wspominany jest w Wenecji kard. Scola - ludzie pamiętają go, gdyż potrafił z każdym porozmawiać. Taki jest nasz dziekan wydziału (w Polsce nie do wyobrażenia, żeby dziekan wychodząc z zajęć mówił do studentów z uśmiechem: Cześć, widzimy się za tydzień). Takiego też miałem proboszcza w mojej parafii. Istnieją także przyjaciele gotowi poświęcić za nas życie, jak chociażby Agata Mróz - jeżeli ktoś takiego ma, to łatwiej mu zrozumieć kim jesteśmy dla Boga.

Chrystus przyszedł na świat i dla nas poświęcił życie - tak ważni dla Niego jesteśmy. Przyszedł na świat nie po to, żeby być bliżej nas - ale stał się człowiekiem, by pokazać nam jak blisko nas jest zawsze. Bóg jest przyjacielem, który ZAWSZE jest obok, a przecież marzymy o takich przyjaciołach - tej bliskości szukamy w necie, chcemy mieć poczucie, że zawsze jest ktoś obok nas. Internetowe społeczności, to jedynie erzac i to lipny erzac. Prawdziwą przyjaźń może dać nam tylko żywa osoba - Bóg i drugi człowiek, a zatem ktoś, kto jak Piotr jest gotów wziąć nas za ramię by pokazać nam, że wszyscy jesteśmy równi - jak w przyjaźni. Zresztą Piotr daje temu wyraz w słowach, które niech będą konkluzją tego tekstu, a pod którym podpisuję się "obiema rękoma":
Przekonuję się, że Bóg naprawdę nie ma względu na osoby. Ale w każdym narodzie miły jest Mu ten, kto się Go boi i postępuje sprawiedliwie.

poniedziałek, 23 kwietnia 2012

Niezawodny przepis na poznanie Boga.

W imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen.
Muszę się poradzić Przenajświętsza Panienko, bo czasy niepewne idą i ciągle jakieś zmiany, że nie sposób zorientować się, czy na lepsze, czy na gorsze – bo jak doświadczenie uczy, to wszystkie zmiany na gorsze. Ludzie same nie wiedzą i do Kościoła po poradę przychodzą, ale jak uczciwie radzić? Za Bolszewika wiadome było: tu Kościół – tam Antychryst, białe i czarne człowiek sam wiedział bez żadnej porady. Tera ludzie same wybierają i jak tylko kto może, to im w mózgach mąci, więc porada im potrzebna... a to sprawa i trudna i ważna jest.
Przypomnę tylko, że są to słowa proboszcza Królowego Mostu wypowiedziane na początku filmu "U Pana Boga za miedzą". Słowa te bardzo mi się podobają, gdyż oddają dobrze zamęt z jakim rzeczywiście walczymy każdego dnia dokonując kolejnych - mniej lub bardziej ważnych - wyborów. Kto mąci? Nie chcę teraz szukać winnego. Warto jednak temu zamętowi, który zwiemy laksyzmem, liberalizmem, wszechogarniającą względnością, się przyjrzeć, aby wiedzieć jak mu się przeciwstawić (o ile to w ogóle jest możliwe).

Dziś wszystko zależy - mało co w naszym życiu jest białe lub czarne (nawet pewnemu politykowi się kiedyś pomieszało:). Wszystko zależy od... i tutaj rozpoczyna się dłuuuga lista wyjaśnień, uzupełnień, punktów widzenia, prób zrozumienia sytuacji i drugiego człowieka itd. Zaczynając od najjaskrawszych problemów typu: czy aborcja jest zła?, a skończywszy na błahym: czy dwa złote zabrane mamie z portfela to już grzech, wszystko dla nas "zależy od" - od sytuacji, od wieku, od stanu psychicznego, od godziny dnia, od wzajemnego zaufania, od mojego zdania i od zdania ekspertów (ooooo ekspert, to ważna  osoba bardzo jest [składnia znanej amerykanki:]), od rodziny i środowiska, w których wzrastaliśmy, od wykształcenia itede, itepe. To myślenie przenosimy na pole wiary. Mamy dziś tabuny tych, którzy mówią: Jestem Katolikiem ale... i traktują Kościół i wiarę jak supermarket, gdzie z zasad rozłożonych na półkach mogę wybierać, co mi się podoba i co mi odpowiada. Trochę z pierwszego przykazania, przykazanie miłości bliźniego - a i owszem, ale nie za wiele, bo kto by kochał tę jędzę, co mieszka dwa domy dalej, coś z szóstego - ale tylko coś. Na dział "Przykazania Kościelne" nie zaglądamy. W telewizorze eksperci (!) mówili, że nie warto tym sobie głowy zawracać.

Ile to już razy człowiek spotykał wiernych, którzy tłumaczyli mu, (a może bardziej tłumaczyli sobie/siebie) co jest grzechem, a co nie. Święte: Ja nie czuję, że to grzech proszę księdza - pokazuje kolejny raz, że postrzeganie rzeczywistości zależy od... tym razem od tego, co ja czuję. Powtarzam wtedy słowa: A Pan/Pani myśli, że jak złodziej kradnie lub morderca zabija, to czuje, że to grzech?

Liturgia sprowadza nas dziś na właściwe tory słowami Jana Apostoła: 
Po tym zaś poznajemy, że Go [Boga] znamy, jeżeli zachowujemy Jego przykazania. Kto mówi: Znam Go, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Kto zaś zachowuje Jego naukę, w tym naprawdę miłość Boża jest doskonała.
Czym woda dla Wenecji,
tym przykazania dla wiary.
Wyborem fundamentalnym każdego z nas jest: JESTEM KATOLIKIEM, CZŁOWIEKIEM WIERZĄCYM. Ten wybór dokonany raz pociąga za sobą konsekwencje we wszystkich naszych decyzjach, w których wyznacznikiem powinna być wiara, a nie to, co się nam roi "pod pokrywką", czyli co się nam wydaje słuszne. Wiara daje nam solidny szkielet pomagający w codziennych wyborach, a są nim przykazania i Jan Apostoł nie pozostawia żadnych złudzeń pisząc: Kto mówi: Znam Go, a nie zachowuje Jego przykazań, ten jest kłamcą i nie ma w nim prawdy. Tak jak nie ma budynku bez konstrukcji nośnej, jak nie ma włoskiej pasty bez mąki, tak jak Wenecja nie może się ostać bez wody, tak samo nie ma wiary bez przykazań i to wszystkich przykazań, a nie przebranych wg własnego "widzi mi się". Trzeba jednak od razu zaznaczyć, przykazania nie są celem dla człowieka wierzącego, bo wielu popełnia ten błąd i mówi: Jestem Katolikiem więc muszę... - i tu zaczyna się cała lista powinności wypływających z przykazań. Tymczasem przykazania nie są celem, celem człowieka wierzącego - jak pisze Jan Apostoł - jest poznanie Boga, a przykazania są środkiem, narzędziem (i to nieodzownym) służącym do osiągnięcia tego celu. Ot i przepis prosty do zapamiętania - chcesz poznać Boga? Zachowuj przykazania.

niedziela, 18 marca 2012

Droga ewakuacyjna

Chrystus na drzewie krzyża.
Kościół ŚŚ. XII Apostołów w Wenecji
Do teorii, że zło jawi się (zauważcie język ks. Natanka :) człowiekowi jako bardziej atrakcyjne od dobra nie muszę chyba nikogo przekonywać - my to wiemy z autopsji. Ile razy wybieramy ponętny grzech zamiast suchej, jak się wydaje, pobożności i naiwnego dobra? Z drugiej strony każdy z nas ma sumienie i prędzej czy później, jeżeli ma ono jeszcze prawo głosu, zaczyna się ono dopominać uczciwości z naszej strony. Odpowiedzi są dwie: możemy ulec głosowi sumienia, ale możemy też znienawidzić ten głos i uciszyć go czym prędzej, zgasić, stłumić.
Dziś w ewangelii (J 3,14-21) Chrystus pouczający Nikodema mówi:
światło przyszło na świat, lecz ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki.
Głos naszego sumienia jest promieniem światła Bożej Prawdy, który wpada w naszą duszę rozświetlając ją i ukazując jej dobre i złe strony. A my się tego światła boimy - można to nazwać fałszywie bojaźnią Bożą, pokorą, niegodnością: "Odejdź Panie bo jam nie godny!" Tia! Akurat. Gdyby tak patrzeć to wszyscy jesteśmy niegodni. Dlatego Chrystus mówi:  ludzie bardziej umiłowali ciemność aniżeli światło: bo złe były ich uczynki. To nie jest kwestią naszej bojaźni ani lęku - my po prostu dajemy się omamić i lubimy zło, lubimy przyjemność grzechu. Boimy się natomiast nie Boga ale boimy się siebie, swego serca, duszy - jak by tego nie nazwać. Wiemy, że grzech, którego nie chcemy porzucić jest czymś złym, więc nam pozostaje jedno - wycofać się ze światła Bożej Prawdy, uciec od niego w ciemność, a jedyną ciemnością duszy jest ciemność grzechu. Zachowujemy się irracjonalnie wybierając autodestrukcję i odrzucając życie. Jesteśmy jak dziecko, które wie, że coś "zmajstrowało" i usiłuje się schować przed rodzicami do jaskini niedźwiedzia, albo - żeby przykład był jeszcze mocniejszy, a zarazem bardziej analogiczny - jesteśmy jak dziecko, które chowa się do domu miłego pana, który zawsze tak się ładnie uśmiechał ale w rzeczywistości jest pedofilem. Bo takim jest szatan, przebiegłym duchem, który serdecznie zaprasza w progi swych ciemności, gdzie światło Bożej łaski dociera z trudem. Dopiero w sakramencie pokuty Chrystus po raz kolejny zstępuje w tę otchłań, by nas z niej wydobyć na powrót do światła.
Dzisiejsze słowa Chrystusa wspaniale ukazują nasze myślenie, które jest błędne już w założeniu - nie Boga trzeba się bać, ale szatana, nie życia, lecz śmierci. Chrystus przypomina nam to, co oczywiste, a o czym często zapominamy, przypomina o Bożej miłości, zmartwieniu i trosce o człowieka:
Tak bowiem Bóg umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony. 
Boże światło, światło, którym jest Sam Bóg obnaża naszą duszę nie po to, by nas potępić, ale by wskazać nam, co należy zmienić, jakie jest to nasze życie. Nie trzeba się bać, tylko trzeba się wziąć do pracy stawiając sobie wymagania prawdy jak nazywa je Chrystus, wymagania, których chyba nie muszę tłumaczyć, gdyż wszyscy je dobrze znamy, mamy je w ręku od lat, możemy w każdej chwili do nich sięgać by pomagały nam w walce z ciemnością i grzechem i kierowały drogą ewakuacyjną nas do wyjścia, ku Bogu, jak mówi Chrystus: Kto spełnia wymagania prawdy, zbliża się do światła, aby się okazało, że jego uczynki są dokonane w Bogu.

niedziela, 11 marca 2012

Brać sprawy w swoje ręce

Czym innym jest widzieć rozpadającą się wieżę,
czym innym mówić, że się rozpada,
a jeszcze czym innym przyłożyć się do naprawy.
Pan Jezus, widząc przekupniów w świątyni (J 2,13-25), wziął sprawy w swoje ręce i to w sensie dosłownym. Rozgonił wszystkich nie pytając o zdanie, bez pertraktacji, bez zastanawiania się, czy wypada, czy nie, czy to jego sprawa, czy nie jego sprawa. Zauważyliście, że my jesteśmy bardziej powściągliwi w działaniu? Gdybym ja wchodził do świątyni, pewnie zgorszyłbym się owymi kupcami, zwierzętami, nieuczciwymi handlarzami, którzy nie odpuszczą żadnej okazji by powiększyć kiesę. Pytałbym siebie i innych, kto jest za to odpowiedzialny, kto tego bałaganu pilnuje i wydaje pozwolenia? Ale sam pewnie palcem bym nie kiwnął. To popularne postępowanie wśród nas Katolików - postępowanie wynikające z myślenia, że nie ponosimy odpowiedzialności z to, co dzieje się w Kościele, że ci wyżej są odpowiedzialni za gorszący stan rzeczy. Niech więc oni wezmą się do roboty, oni tzn. księża, biskupi, ci co są w radzie parafialnej itd.


Aktualny temat roku duszpasterskiego brzmi: "Kościół naszym domem". Spróbuj w swoim domu zwrócić się do mamy, do taty, do starszej siostry z uwagą, że masz bałagan w pokoju i cię to gorszy. Co usłyszysz? - "Bozia rączki dała, to sobie posprzątaj!". Takiej odpowiedzialności i idącego za nią działania nam brakuje w Kościele. Brakuje ludzi dojrzałych, czyli gotowych do działania. Jesteśmy już na tyle dojrzali, że widzimy w błędy w Kościele, przymierzając do dzisiejszej Ewangelii my wiemy, że przekupnie w świątyni są nie na miejscu. Nie mamy jednak w zwyczaju - nie wiedzieć czemu, może z braku odwagi, z braku poczucia odpowiedzialności - brać sprawy w swoje ręce. Parafianie narzekają na proboszcza, wikarzy też na proboszcza, proboszcz na biskupa itd., ale niewielu działa w jakikolwiek sposób. Większość wymawia się świętym: "To nie moja sprawa".


A jest dokładnie odwrotnie. Hasło bieżącego roku duszpasterskiego "Kościół naszym domem" podkreśla, że to moja sprawa i moja odpowiedzialność ważna jest dla wzrostu Kościoła i przemian w Kościele. Oczywiście nie można mądrego działania pomylić ze wścibskim mieszaniem się we wszystko - to też niektórym dobrze wychodzi. Chrystus swym przykładem pokazuje, że każdy z nas wezwany jest do mądrego, zdecydowanego działania, a nie do dumania i wypowiadania opinii.


Oburzeni faryzeusze pytają w końcu: Jakim znakiem wykażesz się wobec nas, skoro takie rzeczy czynisz? Tego znaku oczekuje się także od nas. Nasze działanie powinno być podparte znakiem, jakim dla otaczających nas ludzi jest świadectwo naszego życia. Często boimy się działać, coś zrobić, poprawić, zwrócić uwagę, bo myślimy: "A ja przecież nie lepszy. Zaraz będzie mi to wypomniane, więc lepiej nie zwracać na siebie uwagi i poczekać, aż przyjdzie kto inny". Pytanie brzmi: Czy nie lepiej wziąć się za siebie? Bo przeczucie jest słuszne, ludzie od razu patrzą na życie tego, kto odważył się działać i zmieniać. Jeśli jednak nasze życie świadczy o naszej wierze, to czego mamy się obawiać. Tak oto odkrywamy, że aktywność Katolika ma charakter dwukierunkowy - wymaga on od siebie i ma prawo wymagać od innych, od Kościoła, w którym żyje.


Ostatnia kwestia - co to znaczy wymagać od Kościoła, bo to brzmi dosyć ogólnikowo. Znowu patrzymy na przykład działania naszego Mistrza, który wygania przekupniów ze świątyni jerozolimskiej - działa tam, gdzie jest to możliwe. Tak samo i my nie musimy od razu zmieniać całej diecezji, wystarczy działać w zakresie własnych możliwości czyli we wspólnocie, w której się udzielamy, w naszej parafii, w naszej rodzinie. Każdy ma swoje miejsce w domu, którym jest Kościół - my możemy zmienić coś we własnym kościele parafialnym, a papież w Kościele powszechnym. Ale papież nie zmieni nic w naszym kościele parafialnym, bo nie wie, co się tam dzieje. My zaś nie zmienimy nic w Kościele powszechnym, bo często nie jesteśmy do tego kompetentni. Każdy ma swoje zadanie tak jak domownicy w swoim w każdym domu.


"Kościół naszym domem" - niech czas Wielkiego Postu rozpala naszą gorliwość o Kościół o ten Dom Boży, w którym nie jesteśmy gośćmi, ale domownikami.

niedziela, 18 grudnia 2011

Jak równy z Równym

Stronice lekcjonarza włoskiego -
autor obrazu bliżej nieznany.
Tyle razy na liturgii, na katechezie, słyszymy słowa: Bóg stał się człowiekiem, był jednym z nas, wszedł w naszą historię, jednak prawda wielokrotnie powtarzana traci swoją siłę, staje się oczywistością, nad którą nie opłaca się zatrzymywać. Dziś Kościół próbuje nas na nowo obudzić, potrząsnąć i przygotować na powtórne zachwycenie się Bogiem, który stał się człowiekiem. 

W pierwszym czytaniu Bóg zapowiada Dawidowi: Mój Syn, będzie Twoim potomkiem - a w ewangelii, w scenie zwiastowania, jeszcze wyraźniej kreślona jest zapowiedź Bożego wcielenia. Myślę, że jakoś nie zdajemy sobie sprawy z tego, że Bóg rzeczywiście był jednym z nas, że miał dziadka, mamę, kuzynów, że ktoś tam kreśląc drzewo genealogiczne mógłby umieścić Boga pośród innych przodków linii bocznej. 

Tak właśnie Bóg złączył swój los z człowiekiem i taki jest podstawowy sens prawdy o Bożym wcieleniu - ona pokazuje nam, jak ważni jesteśmy w oczach Boga, który stawia nas na równi z sobą, który podejmuje dialog z człowiekiem jako człowiekiem, a nie jako niewolnikiem, czy zabawką, a może kolejnym zwierzątkiem. Archanioł przychodzi do dziewczyny, oznajmia jej Bożą wolę i czeka na jej zgodę - zbawienie całej ludzkości zależy od jednego TAK prostej czternastolatki. 

Tak właśnie szanuje nas Bóg. Można by się posłużyć bardzo uproszczoną przenośnią, że przed nami w tym Adwencie (i nie tylko) też staje Bóg, przedstawia nam prawdy wiary, swój plan jaki nam przygotował i czeka na naszą odpowiedź - zbawienie składa w naszych rękach, uzależnia je od naszej decyzji, staje przed nami jak równy z równym mimo, że jest naszym Stworzycielem.
Zachęcam do ponownego zatrzymania się nad tą prawdą, co w blichtrze świecących już wszędzie lampek nie będzie wcale łatwe. A ja pakuję się, bo o 14:00 zarządzono wymarsz i kieruję się dziś na Polskę. 

Aha - jakbyśmy się nie widzieli, to Błogosławionych Świąt życzę!

niedziela, 11 grudnia 2011

Radość chwili

Od razu na początku chcę przeprosić tych, którzy stwierdzą, że tekst jest może trochę zbyt romantyczny - taki jest, tak wyszło, nic nie zrobię:)


Mamy wiele powodów do radości. Są nimi spotkania ze znajomymi (także - dla wielu zwłaszcza - te zakrapiane), różne filmiki i zdjęcia umieszczane w internecie, rozrywka w postaci kina, teatru. W sumie bycie radosnym i zadowolonym jest bardzo modne, wystarczy popatrzeć na reklamy, z których szczerzą zęby zadowoleni, piękni, przystojni, zwiewni i wiecznie młodzi ludzi. Świat wydaje się nakładać na nas zobowiązanie: Masz być radosny i zadowolony i żyć pełnią życia. Zarazem poddaje nam wiele sposobności, by tej pełni życia doświadczyć - wszak w jej "święte" imię można (nawet należy) wszystko, można przekraczać wszelkie granice, bo owo przekraczanie granic jest głównym powodem wielkiej radości z życia, pozwala czuć, że żyjesz. Stąd sporty ekstremalne, praca od rana do nocy, związki mnożące się w nieskończoność, stąd także narkotyki - bo przecież trzeba spróbować, alkohol, używki, zdrady, wystawianie własnego życia i zdrowia na szwank, bo przecież rządzi święte "należy mi się". Nie sposób jednak się nasycić. Po doświadczeniu jednego ekstremum trzeba szukać kolejnego, jeszcze bogatszego we wrażenia jakie by one nie były, aż w końcu dochodzi się do kresu wszelkich możliwości i z całej radości życia zostaje pustka. Zapytajcie mężczyzn, których rodziny się rozpadły z powodu ich niewierności, zapytajcie anonimowych alkoholików, narkomanów, tych, którzy zniszczyli swoje zdrowie w poszukiwaniu wrażeń i radości życia tam, gdzie nie można ich znaleźć. Liturgia dnia dzisiejszego, niedzieli "Gaudete" przypomina nam o jedynej, prawdziwej radości życia, a św. Paweł daje do niej klucz w słowach:
Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie, taka jest bowiem wola Boża w Jezusie Chrystusie względem was.
Czym jest ta radość, o której pisze św. Paweł? Jest odczuciem Bożej obecności w naszym życiu, jest wewnętrznym poruszeniem serca, jest momentem gdy łączą się na naszej twarzy uśmiech i łzy. To chwile spędzone z najbliższymi, najukochańszymi osobami (lub z najukochańszą osobą), doświadczenie piękna na łonie natury, w czasie spaceru lub w górach, to przejmujące uczucie, które towarzyszy wyjątkowej liturgii lub zwykłej, osobistej modlitwie. Bóg jest obecny w życiu każdego z nas, tylko czasem nasz świat i zabiegane życie czynią nas ślepymi na Jego obecność. Dlatego właśnie obok radości św. Paweł stawia modlitwę i dziękczynienie: Zawsze się radujcie, nieustannie się módlcie! W każdym położeniu dziękujcie. To modlitwa i dziękczynienie otwierają nas na Boga. Modlitwa - bo im więcej przebywamy z Bogiem na modlitwie, tym bardziej stajemy się wrażliwi na Jego działanie poza modlitwą. Przykładem są dla nas święci, którzy trwali blisko Boga nie dlatego, że on ich faworyzował, ale dlatego, że mieli dla Niego czas. Drugim elementem jest dziękczynienie. Dopiero gdy chcemy podziękować odkrywamy, że naprawdę jest za co Bogu dziękować. To trochę tak, jak uczy się dziękować małe dzieci. Nie jest to jedynie elementem "kindrestuby", dobrego wychowania. Dziecko uczy się w ten sposób reagować podziękowaniem, wdzięcznością na to, co otrzymało, nawet jeśli jest to tylko zwykłe "kinderjajko". 
Radość z życia ma też jedną bardzo ważną cechę - nie znika przy pierwszej napotkanej trudności, w zderzeniu z pierwszym nieszczęściem, ale trwa mimo wszystko, gdyż jest zakorzeniona głęboko w sercu, jest nadzieją na przyjście Pana, jest nadzieją na życie wieczne w obecności Boga, nadzieją, której nie da się od tak zagasić.


W piosence "Naiwne pytania" Riedel śpiewał: W życiu piękne są tylko chwile, to prawda, ale jak ważne jest by te piękne chwile wychwytywać, by nie dać im uciec przez palce, bo one przypominają nam, jaki jest prawdziwy cel naszego życia.




niedziela, 4 grudnia 2011

Wszystko w porządku?

Co sobie myśli ksiądz w konfesjonale w czasie mojej spowiedzi? Szczególnie taki, który mnie zna. Jakie on ma o mnie zdanie? Czy to, co mówi w pouczeniu, mówi od siebie? Czy może są to wyuczone formułki? Może zjada go złość, lub rozwala nuda, ale tego nie okazuje? – to pytania, jakie nieraz przychodzą nam do głowy, szczególnie jeżeli ksiądz, u którego się spowiadamy, dobrze nas zna, bo jest naszym katechetą, wikarym, duszpasterzem grupy, do której należę lub po prostu moim znajomym. 
Wenecja, Włochy - tu trudno o jakikolwiek porządek.
Dziś uchylę rąbka tajemnicy – nie tajemnicy spowiedzi oczywiście. Podzielę się z Wami jednym odczuciem, jakie mnie ogarnia gdy ktoś wyznaje grzechy, szczególnie grzechy ciężkie. To odczucie można zamknąć w jednym, krótkim pytaniu: Po co? Po co popełniamy grzechy? Co takiego w nich odnajdujemy? Czemu zawczasu nie zdajemy sobie sprawy z tego, jak bardzo grzech komplikuje nasze życie? Przykład: kłamstwo. Jak sobie komplikuje życie kłamca, zwłaszcza ten notoryczny? Musi uważać, by nie powiedzieć za dużo, by dobrze układać swoje wypowiedzi i działania. Musi też pamiętać, co i w obecności czyjej mówił, aby się nic nie wydało – choć wcześniej czy później i tak się wyda. Albo złodziej. Wystarczy ukraść 2 PLN rodzicom, by zachwiać fundamentem zaufania w rodzinie. To samo można powiedzieć o pornografii. Pan Jacek Pulikowski w jednej ze swych konferencji wspomina wypowiedź starszego mężczyzny, który przyznał, że w młodości natknął się na pornografię i do teraz wszystkie te obrazy są obecne w jego głowie, zatruwając w jakiś sposób czystość jego seksualności. Przykłady można by snuć bez końca i wciąż wraca pytanie: Po co? Dlaczego? Po co mąż zdradza żonę, a żona męża? Dlaczego kobieta podejmuje decyzje o aborcji? Dlaczego młody człowiek decyduje się na zażycie narkotyków? Po co ktoś decyduje się na kontakt o zabarwieniu seksualnym z osobą tej samej płci – chociażby to był zwykły pocałunek dla zabawy i pod wpływem kieliszka, lub kilku kieliszków? Dlaczego ksiądz decyduje się na podwójne życie? Dlaczego kobieta wiąże się z księdzem – trudno sobie wyobrazić bardziej skomplikowaną i patologiczną relację. Grzech komplikuje nasze życie, wprowadza w nie zamieszanie i nieład, rozbija porządek – nasz wewnętrzny, w naszej rodzinie, czy w związku małżeńskim. Bo szatan jest panem nieładu. W nieładzie łatwiej jest się pogubić, zapomnieć gdzie i co się zostawiło, popełnić błąd, potknąć się, pośliznąć, upaść.
Stwarzając świat Bóg poukładał wielki chaos, jaki panował, ale w ten Boży ład wszedł szatan i grzech, który na początku był jak pet rzucony pośrodku bursztynowej komnaty, ale potem pojawiły się inne śmieci i coraz trudniej było się człowiekowi w nich poruszać. Dlatego Bóg ułożył wszystko jeszcze raz, dając człowiekowi do ręki niezbędne narzędzia: przykazania, Pismo Święte, nauczanie Kościoła, Tradycję, Sakramenty. Dając też człowiekowi niezbędną pomoc w osobach kapłanów, a także w postaci czasu łaski, którego doskonałym przykładem jest Adwent. To wszystko po to, byśmy odnowili, wyremontowali swe życie. Niestety nie jesteśmy tego w stanie zrobić sami, tak jak niemożliwym jest własnoręczne położenie prostej drogi. Dlatego Kościół przez liturgię Adwentu wzywa nas do odnowy życia duchowego, a słowa proroka Izajasza: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego - są tak naprawdę programem nawrócenia dla każdego z nas, wezwaniem do powrotu do Boga i Jego porządku, który – nota bene – jest jedynym istniejącym porządkiem rzeczy. Boży ład, porządek, jest nieodłączną cechą życia po Bożemu, zaś grzech jest narzędziem szatana, przez które chce on wprowadzić w nasze życie nieład, aby utrudnić nam dostęp do Boga.
Ów Boży ład nie jest czymś wziętym z kosmosu, z księżyca. Każdy z nas tak naprawdę nosi w sercu tęsknotę za spokojnym, ułożonym życiem. Być może właśnie dlatego tak chętnie wspominamy, jak to się kiedyś ludziom żyło spokojnie i w zgodzie z przyrodą, z Bogiem i z sobą samym, nie to, co nam w dzisiejszym, zwariowanym świecie. być może dlatego chętnie oglądamy seriale przepełnione szczęśliwymi uśmiechniętymi postaciami. Być może dlatego czasem z pewną zazdrością patrzymy nawet na zamkniętych w klasztorach mnichów, którzy w prostocie życia odnajdują Boga. Dziś Izajasz wołając: Przygotujcie drogę Panu, prostujcie ścieżki dla Niego – tak naprawdę zaprasza nas do odnalezienia w naszym życiu Boga i Jego porządku, a szukanie Bożego porządku jest tak naprawdę szukaniem Jego Królestwa, którego oczekujemy – Adwent nam o tym przypomina… i tak oto koło się zamknęło i Bóg wyszedł naprzeciw naszym tęsknotom.

wtorek, 29 listopada 2011

Wokół ludzko pojętego czekania

Z niemałym opóźnieniem wkraczam w tegoroczny Adwent. To i tak wcześniej niż niektóre włoskie wspólnoty przyparafialne, które Adwent będą dopiero ogłaszać, jednak wiem, że w żaden sposób mnie to nie tłumaczy. Może na swoje usprawiedliwienie powiem tylko tyle, że z jedną z w.w. neokatechumenalnych wspólnot byłem w czasie weekendu na tzw. konwiwencji. Jeśli ktoś brał udział w czymś takim, to wie, że nie ma tam czasu nawet zakaszleć, a co dopiero napisać posta na blog.
Adwent i czekanie. Dziś człowiek ma na co dzień o wiele mniej okazji na to, by czekać niż jeszcze 25 lat temu. Wtedy czekało się na jedną pomarańczę, na tabliczkę czekolady, na szynkę na stole, na kawę, na cukier i na wiele innych rzeczy, które pojawiały się sporadycznie, a które dziś mamy w zasięgu ręki. To oczywiście dobrze, że nie trzeba stać w kolejkach, ale wielu z nas nie potrafi docenić i używać owej dostępności tego, czego sobie życzymy. Niejednokrotnie rodzice spełniają zachcianki dzieci od tak, od zaraz. Chce i ma. Nieraz nie chodzi wcale o drobnostki typu: cukierek, wafelek, lody. Wiąże się to z faktem, że często nie jesteśmy w stanie odmówić samym sobie. Bo chcemy coś mieć – ciuch, gadżet – i musimy to mieć od razu, bez czekania. Niedawno czytałem artykuł, którego autor wspominał jak to dawniej zdobywało się ulubioną muzykę. Trzeba było czekać i szukać. Zgrywano kasety, a potem słuchano ulubionych kawałków, aż się coś zajechało – magnetofon lub kaseta własnie. Dziś słysząc fajny kawałek w radiu mogę go za chwilę mieć zakupionego (bo przecież nie ściągniętego nielegalnie – to katolicki blog jest, trzymajmy poziom) z internetu. Są więc niewątpliwe plusy dobrobytu, ale ma on też pewne minusy, gdyż pozbawił nas tej niewątpliwej przyjemności, jaką jest czekanie na.
Czekanie zawiera dwa ważne elementy.
Po pierwsze muszę mieć na co, lub na kogo, czekać. Mając pod dostatkiem rzeczy niezbędnych przywykliśmy do czekania na coś ważnego, cennego dla nas, wartościowego, pięknego. Niewielu czeka na kawałek śląskiej na stole. Ludzie czekają dziś raczej na nową płytę kultowego zespołu, na nowa grę, na zakup mieszkania, na jesienny urlop w Bieszczadach. Można też czekać na słoneczną pogodę lub wręcz przeciwnie – na deszcz. Nikt nie wyczekuje rzeczy bezwartościowych czy negatywnych – pierwszego wiosennego komara, jedynki w dzienniku (chyba, że chodzi o czekanie z trwogą), wybicia zębów w ciemnym zaułku. Jednak największą tęsknotę w ludzkim sercu wzbudza druga osoba, najukochańsza. W tej chwili mnóstwo kobiet w całej Polsce tęskni i czeka na swoich mężów pracujących za granicą. Chłopak czeka na ukochaną. Dzieciak w przedszkolu czeka na mamę, aż go odbierze itd. Jeżeli zaś ktoś uważa, że rzeczy mogą wzbudzać większą tęsknotę niż drugi człowiek, to powinien przewartościować swoje życie.
Drugim elementem jest czuwanie, bo czekanie wymaga naszego czuwania. Już nie będę się rozpisywał o czekaniu na rzeczy, o potrzebie czuwania, by nie przegapić kuriera, który ma przynieść wyczekiwaną płytę lub iPhona. Czuwania wymaga od nas czekanie na osobę. To może być mail od przyjaciela – ktoś, kto czeka na takiego maila sprawdza skrzynkę dwa razy dziennie (wiem po sobie). Nie można z utęsknieniem czekać na pocztę nie sprawdzając skrzynki. Chłopak podkochujący się w dziewczynie, która o tym nie wie będzie czuwał, by nie przegapić żadnej okazji spotkania jej. Matka czekająca na urodzenie dziecka też czuwa, szczególnie, gdy zbliża się termin porodu. Nie może powiedzieć w południe do męża: Ach wiesz, wczoraj odeszły mi wody, ale to chyba czas jeszcze. Już nie wspominam o tym, że to fizycznie niemożliwe. Czuwanie więc jest gotowością na zakończenie czekania.
Obydwa w.w. elementy odnaleźliśmy w czytaniach minionej I Niedzieli Adwentu. Liturgia przypomniała nam – i będzie to powtarzać w czasie pierwszej części Adwentu, aż do 16 grudnia włącznie – że czekamy. Nie chodzi o to, że Adwent jest czekaniem. Adwent przypomina nam, że nasze życie jest czekaniem na powtórne przyjście Chrystusa. Niestety mało kto jest dzisiaj entuzjastą powtórnego przyjścia Pana i czasów ostatecznych. Nie są one tym, o czym marzymy. To pierwsi chrześcijanie mieli nadzieję, że za ich życia Chrystus przyjdzie ponownie, ale to było 2000 lat temu i duch w narodzie osłabł. Każdy wziął się za swoją robotę i ani myśli jej kończyć z powodu jakiegośtam końca czasów. Nie tęsknimy za Jezusem, bo nie wiemy, za Kim tęsknić, nie znamy Boga, nie wiemy Kim jest. Dlatego, chcąc przybliżyć nam na nowo osobę Boga, chcąc wzbudzić w naszych sercach tęsknotę za Nim, liturgia Adwentu przypomina nam Kim On Jest. Już dziś słyszeliśmy słowa Izajasza:
Ani ucho nie słyszało, ani oko nie widziało, żeby jakiś bóg poza Tobą działał tyle dla tego, co w nim pokłada ufność. Wychodzisz naprzeciw tych, co radośnie pełnią sprawiedliwość i pamiętają o Twych drogach.
Takich pięknych tekstów opisujących dobroć Boga napotkamy jeszcze wiele w liturgii adwentowej. Miejmy nadzieję, że wzbudzą one w naszych sercach tęsknotę do Boga, że wołanie „przyjdź Królestwo Twoje” lub „Marana Tha” nie pozostanie czczą gadaniną, lecz będzie wypływało z naszego serca, z naszego przekonania, że nie ma na ziemi nic piękniejszego i cenniejszego, niż spotkać Boga. Ta myśl skłania nas właśnie do czuwania, ale czuwania dosyć niezwykłego. Bo to nie jest tak, że Pan Jezus wstąpił do nieba, zasłał nam Ducha Świętego i powiedział radźcie sobie. A jak jest? Przypomniał nam św. Paweł:
świadectwo Chrystusowe utrwaliło się w was, tak iż nie doznajecie braku żadnej łaski, oczekując objawienia się Pana naszego Jezusa Chrystusa.
Można więc śmiało powiedzieć, że ten, kto czuwa, ten też czeka na Chrystusa z Chrystusem.
Niech zakończeniem mojego rozważania będą słowa kolekty z minionej niedzieli:

Wszechmogący Boże, spraw, abyśmy przez dobre uczynki przygotowali się na spotkanie przychodzącego Chrystusa, a w dniu sądu, zaliczeni do Jego wybranych, mogli posiąść królestwo niebieskie.

sobota, 19 listopada 2011

Chryste Sędzio Sprawiedliwy!

Wielu patrzy na Sąd Boży nader wyrywkowo. 
Sąd Ostateczny jest dziś tematem powszechnie pomijanym i niepopularnym. Mało usłyszymy o nim z ambon kościelnych, czy też katedr i uniwersyteckich. Darmo szukać przedstawień Sądu Ostatecznego we współczesnej sztuce – jaka by ona nie była. Być może jest to forma odreagowania po czasach, w których owe przedstawienia były nader popularne. Mozaiki, freski, malowidła, obrazy, utwory muzyczne zawierające w temacie sentencję „Dies irae” niegdyś tak popularne i mające wielką wymowę dziś stały się przedmiotem drwin lub spojrzeń przepełnionych politowaniem dla naszych ciemnych przodków, do których owe obrazy i dźwięki niegdyś tak trafnie przemawiały. Co ciekawe – tu mała dygresja – wydaje się, że człowiek stający dziś przed mozaiką przedstawiającą Sąd Ostateczny w bazylice na Torcello, czy też w Kaplicy Sykstyńskiej widzi głównie jej prawą (a lewą patrząc od strony Boga) stronę, czyli piekło, szatanów i potępienie. A przecież scena sądu zawsze przedzielona jest na pół – dlaczego dla wielu właśnie prawa połowa jest większa? Któż to wie? Niemniej wiemy, że w przedstawieniach Sądu Bożego człowiek widzi duuuużo piekła no i troszeczkę nieba – koniec dygresji. Wobec niepopularności tematu Sądu Ostatecznego, w Uroczystość Chrystusa Króla Wszechświata zapraszam do małej refleksji na ten temat. 
Zacznę od naszych wyobrażeń tej jakże ważnej i pewnej „rzeczy ostatecznej człowieka” jaką jest - obok Śmierci oraz Nieba albo Piekła - Sąd Boży. Wielka litera zamierzona – piszmy o wielkich sprawach wielką literą (jest to moja autorska i na wskroś subiektywna teza). Nasze wyobrażenie rzeczy ostatecznych człowieka jest niestety naznaczone pewnym istotnym ograniczeniem, gdyż próbujemy je sobie wyjaśnić za pomocą naszego ludzkiego języka i doświadczenia i dzięki nim je opisać. Nie ominęło to także Sądu Ostatecznego. Idźmy więc za ciosem z prowokacją wpadając w błąd. Oto do czego można porównać Sąd Boży: 
§1 Sąd Boży, jako mecz piłkarski…? Tak – tak właśnie można by go sobie wyobrazić. Zamiast lewej i prawej strony sceny mamy lewą i prawą stronę boiska, a Pan Bóg to piłkarski sędzia. Jak sędziuje? Dobrze – ale krążą plotki, że można go przekupić i dostać się do nieba z całą zwycięską drużyną. Cóż to za drużyny grają o zwycięstwo? Można by je podzielić ze względu na religię w ogóle, albo ze względu na wyznanie, ale przecież Sąd Ostateczny to katolicka działka, więc zostawiamy na boisku tylko Katolików. Nie mają z kim grać? Wręcz przeciwnie. Wewnątrz Kościoła gra wiele drużyn. Są tutaj materialiści, spirytualiści, uduchowieni i katoliccy racjonaliści (kimkolwiek są), „Neoni” (Droga Neokatechumenalna) grywają zazwyczaj z tradycjonalistami, praktykujący niewierzący z wierzącymi niepraktykującymi, jezuici z franciszkanami, a dominikanie z Włoch z dominikanami z Polski. Każdy ma nadzieję, że jest w drużynie, która najlepiej podpłaca Panu Bogu, a on pośrodku na mecz patrzy, gwiżdże, gdy trafiają się faule. To Sędzia, który dobrze wszystko widzi i my o tym wiemy, a mimo wszystko uparliśmy się przy poglądzie, że można mu się jakoś przypodobać w sposób materialny czy niematerialny i tak zasłonić małe niedociągnięcia, faule i symulacje zawodników w tym nas samych. 
§2 Hmmm… może lepiej nie wykorzystywać tego obrazu w dniu, gdy pan Gowin obejmuje ku zaskoczeniu mas takie, a nie inne stanowisko. Trudno – Bóg jako minister sprawiedliwości, Sąd Ostateczny jako sprawnie działające ministerstwo, sprawnie na sposób polski oczywiście. Od razu pragnę podkreślić, że obraz ten buduję, jak każdy z nas zresztą, na podstawie medialnych doniesień, które tworzą nam rzeczywistość spraw wędrujących od instancji do instancji i oczekujących na rozwiązanie przez lata, a nawet dziesięciolecia. Tak samo moja sprawa w dniu Sądu Ostatecznego trafi do takiego niebieskiego ministerstwa, które przesyłać ją będzie niczym w piosence „od miasta AAAAAA do miasta Beeeeee” tak długo, aż się pozytywnie nie rozpatrzy lub po prostu aż się nie przedawni. Wszystko zależy od tego, na kogo się trafi. Podobno jak sędzią pierwszej instancji jest Maryja, to sprawy idą gładko. Dobrze byłoby mieć za obrońcę jakiegoś fajnego (sic!) świętego. Może Ojciec Pio, albo św. Franciszek. Jedno jest pewne – Vianney jest dosyć surowy i lepiej na niego nie trafić. Takie przechodzenie sprawy, odroczenia i wznawiania nazwać można czyśćcem, a więc bierzemy tan sąd na przetrzymanie: posiedzem tam se, aż oni skończą. Obraz zabawny, ale czy nie odpowiadający naszym wyobrażeniom? 
§3 Trybunał Sprawiedliwości. Dziś ta nazwa nie zawsze kojarzy się ze sprawiedliwością. Przypomina się anegdota o tym, jak oskarżony zwracający się do sędziego per „Wysoka Sprawiedliwości” został surowo upomniany słowami: Tu nie ma żadnej sprawiedliwości! Tu jest sąd! Wygrywa raczej ten, kto potrafi głośniej krzyczeć i o swoje umie się wykłócić. Myśl: Jak ja tam wejdę przed ten cały sąd, to sobie dopiero z nimi pogadam - nieodłącznie towarzyszy wielu chrześcijanom. Wydaje się, że wystarczy nam tylko podejść do sędziego i szepnąć mu coś do ucha i będzie OK. Wraca tutaj znowu kwestia obrońców (vedi §2). 
§4 Groza, pioruny z oczu i głos z nieba niczym ryk odrzutowego silnika, czyli Sąd Ostateczny a’la „inkwizycja wysiada”. To chyba najpopularniejsze wyobrażenie (przynajmniej do niedawna). W przeciwieństwie do poprzednich towarzyszy mu przekonanie, że Boga nie tylko nie da się oszukać, podpłacić, udobruchać, ale że jest On tak surowy, że nikt nie ma najmniejszych szans dostać się do nieba. Weszli tam tylko ci, których Kościół ogłosił świętymi (choć i tego nie możemy być pewni), a i tak nasłuchali się na Sądzie Ostatecznym tak, że im uszy zwiędły. Tak wyobrażony Sędzia jest niczym (nie bójmy się tych słów) patologiczny ojciec, który zwoje dziecko stłukł pasem, gdy założyło buty „prawy na lewo”. Jest niczym oficer SS, który wie, kiedy, gdzie i jaką pastą ostatnio myłeś zęby i ile razy przesunąłeś po nich szczoteczką (oczywiście za mało razy, za co właśnie dostajesz kolejną karę). To obraz dla tych, co widzą w scenie Sądu Ostatecznego głównie pioruny i piekło. Wspominałem o nich na początku. 
Przykłady można by mnożyć. Zachęcam do wysnucia własnego wyobrażenia. Każdy z nich pokaże nam przede wszystkim nas samych, podziały w Kościele, nasze słabości, lenistwo, czy lęki. Każdy z nich mówi nam także o naszym bardzo zafałszowanym obrazie Boga i Sądu Ostatecznego. W ubiegłym roku katecheza Drogi Neokatechumenalnej – tzw. przez nich Magisterium Kościoła – podjęła temat rzeczy ostatecznych człowieka. Pośród nich był właśnie (siłą rzeczy) Sąd Ostateczny. To była naprawdę Katolicka Wykładnia – to uwaga dla sceptyków – oparta o encyklikę Benedykta XVI Spe salvi. Wśród wielu elementów Sądu Ostatecznego bardzo mocno podkreślona była sprawiedliwość i nadzieja w niej pokładana. Tymczasem każdy z wysnutych przeze mnie obrazów ma jedną, podstawową wadę – brakuje w nim sprawiedliwości, Bożej sprawiedliwości. My sami jakoś nie chcemy zwracać na nią uwagę, bo pachnie to zemstą, pachnie myśleniem: Pan Bóg nie rychliwy, ale sprawiedliwy. Boimy się, byśmy nie wyszli na tych, którzy kiedyś będą zacierali ręce patrząc na potępionych maszerujących do piekła ze zwieszonymi głowami. Papież w swojej encyklice pisze:
Obraz Sądu Ostatecznego nie jest przede wszystkim obrazem przerażającym, ale obrazem nadziei.
Mowa tu o nadziei sprawiedliwości, której przywołuje każde pokrzywdzone serce. Wystarczy pomyśleć, co by to było, gdybyśmy na sprawiedliwość nie mogli liczyć nawet na Sądzie Ostatecznym. Powiedzenie: Nie ma sprawiedliwości na tym świecie kończyć by się musiało na pierwszych trzech słowach. Nadzieja, że na Sądzie Ostatecznym Bóg będzie Sprawiedliwym Sędziom jest przede wszystkim nadzieją na to, że mnie samego potraktuje sprawiedliwie, niezależnie od poglądów na mój temat, od opinii sąsiadów, czy mediów, które nie znają mojego serca, ale On je zna. Ta nadzieja sprawiedliwości napełnia pokojem skrzywdzonego człowieka, ale jest też piękną modlitwą sprawiedliwych, którzy wiedząc, że cierpią niesprawiedliwie, jak cierpiał sam Pan Jezus, wierzą w Jego Sprawiedliwość, której nikt nie uniknie, wobec której staniekazdy z nas.
Króluj nam Chryste – Sędzio Sprawiedliwy!

niedziela, 13 listopada 2011

Utalentowani i antytalencia.

W minionym czasie otrzymaliśmy niezłą próbkę antytalencia. W Rzymie, w Atenach, a także przedwczoraj w Warszawie pośród demonstrantów pojawili się ludzie, którzy mieli jeden konkretny cel – niszczyć. Nic nie jest w stanie usprawiedliwić działania tych grup. Nie zakładali okoliczności łagodzących, nie uzależniali swych działań od rozwoju sytuacji, nie działali też pod wpływem impulsu, atmosfery, czy w oparach narkotyków lub alkoholu. Zamaskowani, przygotowani, zorganizowani, w pełni świadomi przybywali by niszczyć i innych do niszczenia na wszelkie sposoby prowokować. Jaki w tym sens? Gdzie logika? Może byli przez kogoś opłaceni? Trudno w to uwierzyć, chyba, że osoby postawione wyżej w hierarchii. Wydaje się, że do niszczących działań bojówek dobrze pasują słowa jakie Alfred kieruje do Bruce’a Weyne’a czyli Batmana w filmie „Mroczny rycerz” (polecam zobaczenie, tylko trzeba mieć trochę czasu): Niektórzy ludzie nie potrzebują żadnej logiki ani pieniędzy. Nie można ich kupić, torturować ani negocjować z nimi. Niektórzy chcą tylko patrzeć, jak świat płonie – zło dla zła, bez pytania po co i dlaczego. Słowa te są dobrą definicją działania Złego.
W dzisiejszej przypowieści o talentach Chrystus przypomina nam, że jesteśmy powołani do czegoś całkiem innego, że chrześcijanin, Katolik nie może niszczyć wręcz przeciwnie. Oto Bóg każdemu człowiekowi, bez wyjątku, dał coś od Siebie, jak naucza Jezus w przypowieści o talentach: przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. Te słowa wspaniale uchylają rąbka tajemnicy naszego stworzenia, naszego podobieństwa do Boga, gdyż otrzymaliśmy coś, co jest Jego. Jak ów człowiek przekazał sługom swój majątek, tak i Bóg przekazuje nam coś swojego, a co ma Bóg, co by nie było Nim? Dlatego w przypowieści Chrystus mówi o przekazanym majątku, o czymś cennym, co już jest wartościowe, ale czego wartość można jeszcze powiększyć i to staje się zadaniem sług. Także i my od Boga otrzymaliśmy Jego majątek. Zauważcie, że Bóg nie czyni nas od razu bogaczami, ale daje nam sposobność, byśmy mogli się nimi stać. Dlaczego tak jest? Bo w tym całym Bożym majątku otrzymaliśmy też wolną wolę, możliwość wyboru, podejmowania decyzji. Różnie można nazwać ów majątek, jaki otrzymaliśmy od Boga. Składa się na niego nasze podobieństwo do Stwórcy, czyli rozum, wolna wola, zdolność do miłości, dusza nieśmiertelna, ale ja ogólnie majątek ten nazwałbym życiem, bo Bóg Nasz żyje i jest źródłem życia, które od Niego otrzymaliśmy. Ale otrzymaliśmy to życie nie tak po prostu by je mieć, by żyć. Wtedy podobni bylibyśmy do innych stworzeń żyjący, do psa, kota, muchówki i do pokrzywy. Jest coś, co nas wyróżnia spośród stworzeń i czyni podobnymi do Boga mianowicie świadomość tego, że żyjemy, że z życiem da się coś zrobić. Życie jest naszym pierwszym talentem i chciało by się powiedzieć kaznodziejsko, że „zostaliśmy przez Boga wezwani by talent ów pomnażać, rozwijać” ale tak powiedzieć, to za mało. Powierzając nam swój majątek Pan Bóg czyni nas swoimi wspólnikami, pozwala nam brać udział w stwórczym dziele, uczy nas pomnażać, budować, rozwijać, szanować i cieszyć się owocami wzrostu – na tym polega nasz talent, który otrzymaliśmy. Dlatego właśnie niszczenie, burzenie, nienawiść, zło, krzywdę i wszystko, co przeciwne jest wzrostowi nazwać trzeba antytalenciem. Nie mówię tu o beztalenciu – wszak ci, którzy niszczą otrzymali od Boga część Jego majątku, ale postanowili nie tyle, że zakopią ów majątek, ale zużyją go dla niszczenia innych. Są pośród nas ludzie, których to bawi, którzy być może czują się dzięki temu ważniejsi, ale sami nie wiedzą, że niszczą tak naprawdę siebie, że talent, który otrzymali – mimo, że jest wielkim majątkiem – każdego dnia się zużywa, to jest autodestrukcja i to głupia autodestrukcja, zresztą trudno znaleźć mądrą autodestrukcję.
Ostatnie pytanie brzmi: Ile trzeba zebrać? Ile to jest pięć talentów czy dwa talenty? Skąd będę wiedział, że już zebrałem dosyć? Jak nie mieć wątpliwości, czy sam nie jestem sługą złym i gnuśnym? Odpowiada nam pierwsze czytanie z Księgi Przysłów stawiając za wzór niewiastę dzielną. Dlaczego ona taka dzielna? Walczyła na wojnach u boku Joanny d’Arc? Odcięła głowę przeciwnika niczym Judyta Holofernesowi? Urodziła pięć razy trojaczki? Nic z tych rzeczy. Autor Księgi Przysłów tak ją opisuje:
Serce małżonka jej ufa,
na zyskach mu nie zbywa;
nie czyni mu źle, ale dobrze
przez wszystkie dni jego życia.
O len się stara i wełnę,
pracuje starannie rękami.
Wyciąga ręce po kądziel,
jej palce chwytają wrzeciono.
Otwiera dłoń ubogiemu,
do nędzarza wyciąga swe ręce.
Tak więc owa niewiasta nie uczyniła nic nadzwyczajnego. Wypełnia po prostu obowiązki jakie nakłada na nią życie. Ot i cała tajemnica. Kościół, czy sam Bóg nie wymagają od nas heroicznych czynów, pieszych pielgrzymek każdego roku do innego sanktuarium, udziału w misjach na terenach gdzie chrześcijaństwo jest prześladowane itd. Powielanie powierzonego nam talentu ukryte jest w naszej codzienności, w tym, co każdego dnia przynosi nam życie pośród naszych obowiązków i przyjemności. To tutaj wypełnia się nasze powołanie i otrzymujemy sposobność uczestnictwa w stwórczym dziele Boga, w pomnażaniu Jego majątku, którym – mówiąc najogólniej - jest życie i miłość.

piątek, 21 października 2011

Miłością przymuszeni.

Czy Bóg nas przypadkiem nie zmusza do miłości bliźniego i (o zgrozo) siebie? Dwa razy pojawia się dzisiaj w Ewangelii imperatyw Będziesz miłował. Wszak to jest przymus, narzucanie komuś własnej woli. Oburzyć się więc trzeba: "Jak On tak śmiał? A mówi, że nas szanuje!" Hmmm... owszem... można się oburzyć lub...
Ale zacznijmy od oburzenia. Przymuszanie jest przeciwieństwem wolnego wyboru, a właśnie do wolności "nieuchronnie zmierza" demokratyczny świat. Krzyczy się o niej wiele i podkreśla się jej niepodważalną więź z miłością. Pani Violetta Villas śpiewała: "Nie ma miłości bez zazdrości", my parafrazujemy te słowa i z powodzeniem śpiewamy: Nie ma miłości bez wolności - a jużci. W sumie do tej pory zgadzam się z owymi poglądami, są prawe, szlachetne, podkreślają godność człowieka... niestety tylko na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości owa wolność w miłości doczekała się nie lada nadinterpretacji. Tak oto kochać można każdego i wszystko - taka to właśnie wolność. Rozróżnić zatem możemy następujące układy miłosne:
1) pojedynczy, coraz rzadziej spotykany układ mąż/żona;
2) układ wyłączny ale niewiążący konkubina/konkubent;
3) przedmiot tej samej płci co podmiot miłości zwany partnerem/partnerką;
4) układ: "Żona/mąż jest, ale czy to przeszkadza mieć ... (wpisz cyfrę) innych?;
5) przykład quasi zoofilii czyli: "Najbardziej na świecie kocham mojego psa/kota/brzozę w lesie"
6) itp., itd.
Czujecie już ten powiew wolności? Tak, trąci weneckim kanałem.
Naturalnie nikt tutaj nikogo do niczego nie przymusza, absolutnie. Wszyscy przedmiot miłowania wybrali sobie sami, świadomi tego, że skoro nikt ich nie zmusił do pokochania, to też nikt nie może im zabronić "odkochania" w przypadku wygaśnięcia płomiennego uczucia. Partnera się zostawia (jeżeli jesteś kimś ważnym możesz o ty opowiedzieć w wywiadzie do kolorowej prasy lub w porannym programie do śniadania), psa się porzuca w lesie, żonie mówi się, że to koniec. Czasem porządek - w imię wolnej miłości oczywiście - jest patologicznie zaburzony i o niewiernym psie gada się w programie, a kochankę (w stanie martwym) porzuca się w lesie, ale to oczywiście są skrajne przypadki, o których pisze dla tzw. emocji.
Źle rozumiana wolność w miłości zrozumiana została jako "dowolność" i zabiła jedną z jej podstawowych cech - trwałość. Odbija się to echem w całej naszej kulturze i owocuje mnożącymi się związkami na tzw. kocią łapę: "Po co sobie przysięgać miłość - my i tak się kochamy". Lecz gdy wolny związek się rozpada mówią: "Przecież niczego żeśmy sobie nie przysięgali". Kochać drugą osobę bez decyzji poświęcenia jej siebie całego wraz z życiem, czasem, planami itd. to tak jakby murować ceglany dom bez cegieł, łowić ryby na pustyni, lub z kartą rowerową prowadzić TIR'a w nadziei, że nic się nie stanie. Stałość miłości jest jej nieodłączną cechą i uzewnętrznia się przez składany ślub wierności aż po grób.
G.K.Chesterton w felietonie "Obrona pochopnych ślubów" (patrz: Obrona świata, W-wa - Ząbki 2006, s. 48) pisze tak:
Wszędzie widać dziś uporczywe i szalone próby, by dostać przyjemność, ale za nią nie płacić. W polityce szowiniści głoszą, praktycznie biorąc: "Poczujmy satysfakcję zdobywców bez cierpienia wojowników; zasiądźmy na kanapie i bądźmy twardym, anglosaskim ludem". W religii i moralności zepsuci mistycy nauczają: "Poznajmy uroki czystości bez smutków samodyscypliny; śpiewajmy na przemian hymn do Diany i do Priapa". A w miłości zwolennicy seksualnego wyzwolenia proponują: "Poczujmy, jak wspaniale jest dać samego siebie, ale bez ryzyka, żeby się uwiązać; zobaczmy, czy można popełnić samobójstwo nieograniczoną ilość razy".
Z cyklu gesty szlachetne:
Podpisanie dokumentów ślubnych.
To niesamowite, że słowa te spisane zostały prawie sto lat temu.
Niemożliwa jest miłość bez stałości, samodyscypliny, zdecydowania, poświęcenia - w ten sposób kochanie staje się właśnie imperatywem Będziesz miłował. Nakaz miłości nie jest jej początkiem, bo do miłości rzeczywiście zmusić nie można. Nakaz miłości jest jej konsekwencją, elementem składowym - pokochałeś kogoś, to kochaj go, nie porzucaj tego uczucia, poświęcaj siebie, wymagaj od siebie, dawaj siebie, dbaj o to uczucie, rozwijaj je, wzrastaj wraz z nim - to są wszystko imperatywy streszczające się w tym jednym zwrocie Będziesz miłował. Człowiek dziś wydaje się obawiać takich konsekwencji miłości i - jak znowu trafnie zauważa Chesterton - pozostawia sobie wciąż jakieś tylne furtki i awaryjne wyjścia, by było gdzie uciec. Pytanie brzmi: Przed czym uciekamy? Przed miłością? Przed sobą? Ucieczka ta niewątpliwie nie jest szlachetna - jest raczej tchórzostwem. 
Swój felieton G.K.Chesterton konkluduje tak:
Wszędzie dokoła rozciąga się dzisiaj miasto rojące się od grzechów i grzeszków, pełne tylnych schodów i wyjść awaryjnych. Ale z pewnością prędzej czy później nad portem wstanie wielka łuna i poznamy, że władztwo tchórzy dobiegło końca, a człowiek spalił swe okręty.